„Król rozrywki” - recenzja filmu

Panie i panowie, czy jesteście gotowi?

 

Odkąd w zeszłym roku udanie zadebiutował La La Land, można było założyć, że spowoduje to powrót do łask oryginalnych musicali. Kolejna produkcja, która miała podtrzymać ten trend, to właśnie Król rozrywki. Zapowiedzi obiecywały nam wielkie widowisko z imponująca obsadą. Jednakże – czy faktycznie dostaliśmy najlepszy show na świecie, czy może jedynie parę wpadających w ucho piosenek?

 

W filmie śledzimy karierę P.T. Barnuma - słynnego amerykańskiego impresaria, który zrewolucjonizował branżę rozrywkową. Zobaczyć możemy, jak układało się jego życie od czasów dzieciństwa, gdy pomagał w pracy swojemu ojcu, aż do momentu, w którym stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych ludzi w Ameryce. Wszystko to zostało okraszone muzyką i choreografią taneczną.

 

Niestety Król rozrywki ma jedną istotną wadę - prowadzenie fabuły. Historia została bardzo spłycona i ma wiele niedopowiedzeń. Problemem jest także upływ czasu. W zasadzie, pomijając przejście od dzieciństwa Barnuma do jego dorosłego życia, jest on praktycznie niedostrzegalny. Postacie nagle przestają się starzeć, a jedyne widoczne zmiany dotyczą strojów. Przez to widzowi trudno jest określić, czy oglądane wydarzenia rozgrywają się na przestrzeni dni, czy jednak lat. Jest to dodatkowo dezorientujące przy szybko toczącej się akcji. Warto także pamiętać, że Króla rozrywki nie powinno się traktować jako wiarygodną ekranizację prawdziwej historii. Wiele niechlubnych szczegółów z życia Barnuma zostało pominiętych, przez co film jest naiwnie wręcz pozytywny. Z drugiej strony obraz oferuje swego rodzaju magię. Oglądając go, można poczuć przyjemną lekkość. Dzięki temu widz w trakcie seansu ma okazję spokojnie się rozluźnić i na trochę oderwać od szarej codzienności. Plusem filmu jest także jego główny wątek. Zamiast najczęściej kojarzonego z musicalami motywu romantycznego między dwojgiem ludzi otrzymujemy historię podróży na szczyt w charakterze nadrzędnego elementu fabuły.

 

 

Najważniejszymi aspektami tej produkcji są oczywiście muzyka i choreografia, a te nie zawodzą. Piosenki śpiewane przez obsadę bardzo łatwo wpadają w ucho i długo po obejrzeniu filmu nie opuszczają widza. Choreografia Króla rozrywki składa się z trzech elementów - tańca, akrobacji oraz efektów cyfrowych. Przy pierwszych dwóch widać ciężką pracę, jaką wykonali aktorzy. Wszystko zdaje się być idealnie wykonane, a ewentualne błędy są niezauważalne (za co na pewno trzeba także podziękować montażystom). Jeśli zaś chodzi o działania grafików komputerowych, ich zadanie zostało ograniczone jedynie do upiększenia całości. Dokonali oni głównie poprawek otoczenia. Warto także wspomnieć, że produkcja w większości powstawała w studiu i na zamkniętych planach. Na szczęście brak plenerów nie jest specjalnie rażący.

 

Na obsadę nie można specjalnie narzekać. Wszyscy dobrze wywiązali się ze swoich obowiązków, lecz najjaśniejszym punktem jest Hugh Jackman. Dla kojarzonego głównie z roli Wolverine’a aktora obraz ten stał się świetną okazją do zaprezentowania swoich talentów wokalno-tanecznych na wielkim ekranie. Od pierwszej minuty pojawienia się na ekranie widać, jak wielką przyjemność sprawia mu bycie gwiazdą tego widowiska. Każdy uśmiech na jego twarzy wygląda na szczery, nie tylko zagrany. Doświadczenie teatralne Jackmana na pewno bardzo mu pomogło. Odtwórca głównej roli wielokrotnie zachwalał w mediach społecznościowych współpracę z Zakiem Efronem i Zendayą. Nawet specjalnie nie przesadzał – młodzi aktorzy zaprezentowali się dobrze, choć ich postacie były dość banalne. Pochwalić warto także Michelle Williams, która zagrała żonę głównego bohatera. Podobnie jak inni członkowie obsady także ona udźwignęła swoją rolę i spisała się w niej wzorowo.

 

Król rozrywki jest produkcją o tyle ciekawą, co nierówną. Płytką i zbyt szybko poprowadzoną fabułę postanowiono zrównoważyć świetną muzyką i choreografią. Choć było to ryzykowne posunięcie, częściowo spełniło swoje zadanie. Ostatecznie otrzymaliśmy mało zobowiązujący film – idealny, by na trochę oderwać się od codzienności.

 

Korekta: Marta Kononienko

 


blog comments powered by Disqus