"Bodyguard Zawodowiec" - recenzja filmu

Zdążyć na proces

 

W tytule Bodyguard Zawodowiec kryje się więcej, niż tylko próba zwrócenia uwagi widza poprzez skojarzenia. To film zwodzący również przez całkiem gwiazdorską obsadę. I, ostatecznie, to tytuł będący przepisanym schematem komedii kryminalnej z drugiej połowy lat 80. – Midnight Run z Robertem DeNiro. Warto było?

 

Osią fabularną obrazu Bodyguard Zawodowiec jest przetransportowanie świadka koronnego Dariusa Kinkaida (Samuel Jackson) przez wysokiej klasy, ale podupadłego zawodowo specjalistę od ochrony Michela Bryce’a (Ryan Reynolds). Sprawa toczy się przeciwko zbrodniarzowi politycznemu, odpowiedzialnemu za mord na setkach ludzi, Vladislavowi Dukhovichowi (Gary Oldman), który będzie robił wszystko, by nie dopuścić do doprowadzenie świadka na salę sądową.

 

Film jest naprawdę dziwną, niepojętą momentami, mieszanką gatunków. Patrick Hughes przeplata tutaj komedię, thriller, romans, kino akcji i… konflikt polityczny. Z jednej strony dostajemy garść suchych dowcipów, z których większość opiera się na przekleństwach, a z drugiej – oglądamy pokraczny, nierozwinięty wątek romantyczny, który (w mniemaniu reżysera zapewne) dodaje bohaterom jakiejś głębi. Problem jednak w tym, że Hughes za bardzo zawierzył, iż wystarczy wcisnąć do filmu dwa znane nazwiska, by pociągnęły widowisko. W pewnej mierze to się udaje, bo Jackson robi co może, by dodać całości niespożytej energii, ale Reynolds idzie w drugą stronę i ma się wrażenie, jakby grał po godzinach, wymęczony występami na planie Deadpoola 2.

 

Fabularną sztampę i dialogowe perturbacje bohaterów o ich związkach próbują ratować sceny strzelanin i pościgów. Hughes, który nakręcił między innymi Niezniszczalnych 3, potrafi opowiadać obrazem jedynie sceny akcji. Cała reszta to parada dialogów, mniej lub trochę zabawnych, i prawdopodobnie, gdyby nie gwiazdorska obsada, pies z kulawą nogą nie przejąłby się tym, co się dzieje na ekranie.

 

 

Gary Oldman powtarza się jak w Air Force One, czyli kreuje szablonową postać złego i szalonego do kości faceta z rosyjskim akcentem. Stosuje nader wyciszone środki wyrazu i nie szarżuje jak to często bywa ze świetnymi aktorami w wyjątkowo negatywnych rolach. Szkoda natomiast, że nie było mu bliżej do Normana Stansfielda z Leona Zawodowca. Rodzynką na tym – zgniłym i mało ambitnym – torcie jest Salma Hayek w roli żony Kindaida odsiadującej wyrok. W jakiś sposób (przez swój latynoski temperament?) wyrywa się z tendencyjnej reżyserii Hughesa i wprowadza nieco energii i dystansu do tej gatunkowo przeciążonej papki. Hayek jest tutaj jak na lekarstwo, ale zdecydowanie jest najjaśniejszym elementem filmu, pomimo tego, iż – podobnie jak jej ekranowy mąż – klnie jak szewc.

 

Bodyguard Zawodowiec to bardzo przeciętne kino akcji, pełne czerstwych dowcipów, opartych głównie na przekleństwach, i – jak na historię, w której istotny jest czas –pozbawione napięcia. Z drugiej strony, dzięki wysiłkowi Jacksona całość ogląda się bez większego bólu. Ostatecznie, widzowie zapomną o nim po wyjściu z kina.

 

Korekta: Anna Krystyna Misztal

 


blog comments powered by Disqus