Recenzja filmu "Gra tajemnic"

Historyczny thriller opowiadający o złamaniu słynnego kodu Enigmy przez pryzmat postaci Alana Turinga to produkcja bardzo udana, choć niepozbawiona wad. Sztampowe rozwiązania fabularne, pewien scenariuszowy bałagan oraz dość swobodne podejście do faktów obniżają ostateczną ocenę filmu. Od mankamentów scenariusza skutecznie odwraca jednak uwagę Benedict Cumberbatch, który w roli genialnego matematyka prezentuje bezbłędny warsztat aktorski.

Akcja Gry tajemnic rozpoczyna się kilka lat po wojnie. W mieszkaniu profesora Turinga dochodzi do włamania. W efekcie policyjnego śledztwa, kryptolog staje się obiektem podejrzeń jednego z funkcjonariuszy i zostaje wezwany na przesłuchanie. Monolog głównego bohatera, będący na poły spowiedzią oraz biograficzną opowieścią, przenosi nas początkowo w czasy II wojny światowej, a później również do szkolnych lat młodego Alana. Akcja toczy się na trzech płaszczyznach czasowych, przeplatających się w kluczowych dla protagonisty momentach.

Podobno najlepsze scenariusze pisze samo życie. Graham Moore najprawdopodobniej był odmiennego zdania, gdy przystąpił do prac nad adaptacją książki Andrew Hodgesa Enigma. Życie i śmierć Alana Turinga. Tworząc fabułę filmu biograficznego nie można uniknąć  pewnych uproszczeń i skrótów, trudno bowiem streścić kilkadziesiąt lat czyjegoś życia w dwie godziny. Nawet w produkcjach historycznych dokonuje się selekcji faktów i zmienia lub pomija pewne wydarzenia, mając na uwadze dramaturgię opowieści. Należy to jednak czynić rozważnie i konsekwentnie, nigdy nie tracąc z oczu celu, jaki ostatecznie zmierza się osiągnąć.

Autor skryptu niemal zupełnie pomija rolę polskich matematyków w złamaniu niemieckiego kodu, słowem nie wspomina też o Gordonie Welchmanie, który w znacznym stopniu przyczynił się do ulepszenia bomby kryptologicznej Turinga. Podobnie jak w Obrońcach skarbów, praca setek ludzi zostaje ukazana jako dzieło dosłownie kilku osób. Zabiegi te można by usprawiedliwić czasem trwania filmu, który stanowi wyraźne ograniczenie dla twórcy scenariusza. Limit czasowy nie przeszkodził jednak Moore’owi w dodaniu fikcyjnego wątku szpiegowskiego, dość szybko zresztą porzuconego. Nie dość, że jest to element w tej historii raczej zbędny, to przedstawiony został w sposób konwencjonalny i niezbyt ciekawy.

Podobne klisze fabularne występują w Grze tajemnic licznie i stanowią jej główną bolączkę. Konflikt z przełożonym, postać brata jednego z bohaterów i przejście od skrajnej antypatii do absolutnej lojalności współpracowników – to tylko niektóre wątki, które zostały wymyślone na potrzeby filmu i przyszyte do historycznych wydarzeń zbyt grubymi nićmi. Oczywiście fabularna produkcja rządzi się swoimi prawami i chcąc wywołać u widza emocje, trzeba pewne fakty wyolbrzymić, a inne nieco udramatyzować. Jednak podczas opracowywania  tak niezwykłego materiału źródłowego, z pewnością można było uciec się do nieco subtelniejszych rozwiązań.

Pewnym uzasadnieniem dla swobodnego podejścia do historii oraz fabularnej sztampy byłaby chęć wiernego sportretowania samego Alana Turinga, oddanie jego uczuć i przeżyć. Trzeba przyznać, że Benedict Cumberbatch wspina się na wyżyny aktorskiego kunsztu, ukazując geniusza niezrozumianego przez świat, ale także tego świata nie rozumiejącego. Bezbłędnie ukazuje całą paletę emocjonalnych stanów matematyka, starając się uświadomić widzom, co czuł i myślał bohater Gry tajemnic. Czy jest to skrzywdzony, wycofany ze społeczeństwa samotnik, apodyktyczny ekscentryk niepotrafiący porozumieć się z innymi ludźmi, naukowiec całkowicie pochłonięty przez pracę, czy też homoseksualista żyjący w strachu przed zdemaskowaniem – każda z jego twarzy została przedstawiona po mistrzowsku. Problem w tym, że postać, której losy śledzimy na ekranie, z prawdziwym Turingiem ma niewiele wspólnego.

Twórcy Gry tajemnic zmienili mającego swoje dziwactwa, lecz jowialnego i przyjacielskiego naukowca w krzyżówkę Spocka, Sheldona Coopera i Sherlocka z serialu BBC. Przypisanie bohaterowi niemalże zespołu Aspergera to co najmniej kontrowersyjne posunięcie. Z dramaturgicznego punktu widzenia jest to rozwiązanie ciekawe, dające duże pole do popisu zarówno reżyserowi, jak i odtwórcy głównej roli. Można by zabieg ten interpretować jako tytułową ″grę w naśladownictwo″(ang. Imitation game) na poziomie meta. Byłoby to postawienie odbiorcy przed pytaniem: czy jest w stanie odróżnić prawdziwego Turinga od Turinga wymyślonego? Gdyby na fotelu reżysera zasiadał Tarantino, Lynch, Aronofsky, Cronenberg albo Haneke – tego typu eksperyment formalny byłby całkiem prawdopodobny. Jednak w tym przypadku raczej jest to kwestia zwykłego braku rozwagi ze strony twórców. Trudno wobec tego zaakceptować tak swobodne potraktowanie postaci historycznej, szczególnie w pierwszym kinowym filmie biograficznym na jej temat.

Abstrahując jednak od historycznych nieścisłości i fabularnych mielizn scenariusza, Grę tajemnic ogląda się wyjątkowo przyjemnie. Reżyser Morten Tyldum jest bez wątpienia zdolnym rzemieślnikiem, choć zdarza mu się wpadać w koleiny banału. Niepotrzebnie ucieka się do takich środków, jak zdjęcia archiwalne czy epilog w postaci napisów podsumowujących przedstawioną historię. Mimo reżyserskiej zachowawczości, efekt końcowy jest bardziej niż zadowalający. Seans niewątpliwie uprzyjemnia również muzyka Aleksandra Desplata, która udanie podkreśla nastrój opowieści. Nie jest to z pewnością przełomowa ścieżka dźwiękowa, wybija się jednak ponad szarą przeciętność współczesnych produkowanych taśmowo partytur.

Obraz Tydluma jest całkiem sprawnie zrealizowanym dramatem, jednak gorzej wypada jako thriller lub ekranizacja biografii Turinga. Niewątpliwym atutem Gry tajemnic jest wspaniale wykreowana (choć daleka od pierwowzoru) postać głównego bohatera. Niewiele w tym filmie tytułowej imitacji (prawdziwych osób i zdarzeń), również tajemnice udały się twórcom średnio. Mniejsze lub większe wady filmu rekompensuje jednak fenomenalny Benedict Cumberbatch i jego pierwszorzędna gra.


blog comments powered by Disqus