Nie dajcie się złowić - recenzja filmu "Łowca czarownic"

Jak tu nie kochać Vin Diesla, czołowego aktora w najlepszych średnich filmach? Seria Szybcy i wściekli, w której gra i którą produkuje, to popularne męskie kino, ociekające testosteronem, lakierem samochodowym i benzyną. Filmy o Riddicku są już tak kultowe, że trudno znaleźć fana SF, który o nich nie słyszał. Dlatego wybaczamy temu aktorowi udział w słabszych, ale dających sporo radochy produkcjach – wcześniej były to np. Pacyfikator czy Babylon A.D.. A teraz, proszę państwa, przyszła pora na Łowcę czarownic.

Z jednej strony mamy tu plejadę gwiazd. Poza samym Vin Dieslem – tytułowym łowcą, Kaulderem – zagrali: Rose Leslie jako młoda czarownica Chloe, Elijah Wood – kościelna „prawa ręka” głównego bohatera, Michael Caine w roli przyjaciela, czy śliczna, ale już mniej znana Julie Engelbrecht jako królowa czarownic. Zwykle porządna obsada zwiastuje porządne kino. Fabuła także, chociaż niespecjalnie oryginalna, dawała nadzieję: w XIII wieku wojownik Kaulder zabija królową czarownic, która przeklina go nieśmiertelnością. Osiemset lat później, działając w strukturach Kościoła, ten sam Kaulder walczy z czarownicami łamiącymi pakt o pokojowym życiu wśród ludzi. Gdy umiera jego opiekun, pomocnik i przyjaciel w jednym, Dolan 36. (Caine), wraz z przydzielonym mu Dolanem 37. zaczyna prowadzić śledztwo w sprawie tej tajemniczej śmierci. Wyniki są co najmniej niepokojące – odsłaniają rozbudowany spisek, mogący prowadzić do zagłady ludzkości.

Brzmi nieźle? Ano brzmi. Rzeczywistość jednak nie dogania nadziei widzów.

Zacznijmy od tego, że Diesel najwyraźniej nie do końca wiedział, jak zagrać swojego bohatera. Momentami widać, że musiał się nieźle wysilić, nie mając pojęcia, jak przedstawić emocje Kauldera – postaci do pewnego stopnia tragicznej i obrośniętej zbroją cynizmu. Wychodzi trochę sztywno – nawet jak na niego – co wcale nie pomaga całości. Elijah Wood pokazał solidny warsztat – i nic więcej. Caine i Leslie błyszczeli tu jako przykład dobrego aktorstwa. Ale! Nie oczekujemy po tego typu filmie gry na oscarowym poziomie, prawda?

Jednak twórcy Łowcy czarownic popełnili drugi wielki grzech: totalnie zepsuli fabułę. Były szanse na naprawdę ciekawą przygodówkę fantasy, ale nadużycie klisz nie wyszło filmowi na zdrowie. Brak jest wyjaśnienia wydarzeń z przeszłości: skąd wzięły się czarownice? Jak zorganizowano pierwszą wyprawę w celu zabicia królowej? Jak potoczyły się dalsze losy świata aż do XXI wieku? Podobnie nie do końca zrozumiałe są niektóre decyzje samego łowcy czarownic. Widz może się czuć lekko zagubiony. Wątek nie-do-końca-romantyczny jest niedopracowany, rozwija się za szybko i gwałtownie. W kilku innych też widać potężne skróty myślowe.

Czyli mamy jasność – to nie jest dobry film. Ale jednocześnie daje ogromną frajdę podczas seansu. Efekty specjalne są dopracowane do najmniejszego szczegółu i naprawdę imponujące. Przebitki na postapokaliptyczny Nowy Jork wyglądają efektownie, momenty powrotu do XIII wieku także są widowiskowe. Makijaż – w przypadku czarownic – wyszedł super. Wizualnie Łowca czarownic naprawdę daje radę i można z przyjemnością podziwiać pracę speców od komputerów i nie tylko. Do tego dochodzi świetnie dobrana muzyka. Poza ending theme – coverem Paint it Black w wykonaniu niejakiej Ciary – całość składa się na naprawdę przyjemny miszmasz gatunków, świetnie podkreślający to, co dzieje się na ekranie.

Ostatecznie można dać nowej fantastycznej produkcji takie 5/10 – fabularnie nie uświadczymy fajerwerków, aktorsko także jest różnie (chociaż tu trzeba przyznać jedno – casting zrobiono perfekcyjnie), ale ostatecznie można się było pobawić. Film wart rozważenia, ale ze świadomością, że lepiej pójść do kina po drinku – lub poczekać na DVD.

Korekta: Monika "Katriona" Doerre

Materiały powiązane:



blog comments powered by Disqus