Crusoe niech się schowa - recenzja filmu "Marsjanin"

Powiedzmy to sobie wprost: ten film jest dobry. Niegłupi, świetnie zagrany (brawa dla Matta Damona!), bez przesadnych naukowych bredni, a przy tym Ridleyowi Scottowi udało się zachować lekkość i urok oryginału Andyego Weira. Marsjanin wszedł do kin i szturmem zdobywa box office – całkowicie słusznie.

Jeśli jeszcze nie wiecie, o czym jest Marsjanin, spieszę pokrótce wyjaśnić: o próbie przeżycia w ekstremalnych warunkach  bez nadziei na ratunek. Mark Watney, członek trzeciej już załogowej misji na Marsa, zostaje uznany za zmarłego podczas burzy piaskowej, a jego załoga ewakuuje się z planety w stronę Ziemi. Okazuje się jednak, że kosmonauta jak najbardziej żyje – a teraz został sam na nie nadającej się do życia planecie, w niewielkiej bazie badawczej, bez kontaktu z Ziemią, z zapasami na może ćwierć czasu, którego potrzebuje, by dotrwać do przybycia kolejnej misji. A to tylko początek jego problemów – na tak niegościnnej planecie jak Mars wiele może pójść nie tak. Robinson Crusoe przy Marku to prawdziwy szczęściarz.

Zacznijmy może od reżysera. Marsjanin to wielki powrót Ridleya Scotta – raczej nie z najlepszym filmem w karierze, ale z produkcją na naprawdę wysokim poziomie. Nie ma nawet porównania do Prometeusza, który może i był ładnym obrazem, ale brakowało mu  i klimatu, i dobrego scenariusza. Scott pokazuje klasę jako twórca SF. Jego fani powinni być zadowoleni. Daje to też pewną nadzieję, że zapowiadany na 2017 rok Alien. Paradise lost być niezłym widowiskiem.

Nie można nie wspomnieć o zdjęciach. Co ciekawe, do ukazania Czerwonej Planety posłużyła filmowcom dolina Wadi Rum w Jordanii, której skalisty krajobraz nie raz już pomagał twórcom science fiction. Sceny pokazujące bezkresne przestrzenie Marsa są po prostu przepiękne – nie można się napatrzeć. Kolory i ujęcia grają ze sobą idealnie. Z resztą sami zobaczcie. Monochromatyczna paleta robi na wielkim ekranie niesamowite wrażenie. Z resztą w bliskich planach – wewnątrz bazy, pojazdu czy podczas nagrywania dziennika Marka – operatorowi także udało się czasem błysnąć. Film pod względem estetycznym zasługuje na piątkę z plusem.

Akcja Marsjanina dzieje się w niedalekiej przyszłości – gdy naukowcy odkopują w magazynie łazik Pathfinder, którego misja zakończyła się w 1997 roku, widzimy obsługujący go zespół mężczyzn w wieku emerytalnym. Scott nie szalał więc z nowinkami technologicznymi. Zarówno skafandry kosmiczne, jak pojazdy marsjańskie, promy załogowe czy lądowniki są raczej unowocześnionymi wersjami tego, co widzimy dzisiaj w komunikatach NASA, niż fantastyczną technologią. Reżyserowi należą się za to brawa. Nie zapomniano także o zawarciu bardziej przyziemnych elementów fabuły. Sporo akcji dzieje się w siedzibie NASA, gdzie obserwujemy pracę inżynierów oraz starania prezesów. Scott zachował w filmie sporo smaczków dotyczących polityki i mediów oraz ich wpływu na przeżycie lub śmierć uwięzionego na Marsie Watneya.

Jednak największy popis dał tutaj Matt Damon. To najlepsza rola filmu. Świetnie oddał całe spektrum emocji, które szarpią Watneyem – od rozpaczy, poprzez rezygnację, czarny humor, lekką paranoję, aż po strach. W jego wydaniu ta postać żyje i przyciąga widza jak magnes. Trudno po seansie zapamiętać kogoś więcej – Damon ukradł dla siebie cały seans. Pozostałym aktorom – Jeffowi Danielsowi, Seanowi Beanowi, Jessice Chastain i reszcie – trudno cokolwiek zarzucić, każdy pracował na pełnych obrotach. Pozostają oni jednak w cieniu głównego bohatera. Co najciekawsze – to wcale nie przeszkadza.

Nie da się jednak ukryć, że filmowa adaptacja książki Weira nie tylko nie jest do końca zgodna z oryginałem, ale też nieco w stosunku do niego traci. Papierowy Marsjanin dużo większą wagę przykładał do części naukowej, która w filmie została zredukowana, w sumie, do minimum. Problemy, z którymi boryka się na planecie Watney w książce miały zupełnie inny wymiar – było ich więcej, pojawiały się w innych momentach i inaczej rozkładała się przez to dramaturgia całości. Są też drobne różnice w prezentacji postaci. Przykładowo filmowy Watney jest botanikiem, w powieści był także inżynierem, co nadawało stanowczo więcej sensu jego działaniom na Marsie. Jednocześnie nie da się ukryć, że w produkcji Scotta duży nacisk został położony właśnie na umiejętności "ogrodnicze" bohatera. Różnic jest sporo (nawet zakończenie jest nieco inne), wiec jeśli ktokolwiek jeszcze zastanawia się, czy przeczytać książkę po seansie, to odpowiedź jest jedna: oczywiście, że tak.

Należy też wspomnieć o tym, że scenarzysta i reżyser nie uciekli przed pokazaniem kilku, cóż, mało prawdopodobnych naukowo rozwiązań. Chodzi głównie o scenę pod koniec (kto widział, ten wie), która u przeciętnie zainteresowanego fizyką widza wywoła uśmiech raczej pobłażliwy. Niestety, nie ma róży bez kolców.

Marsjanin jako całokształt to dwie godziny świetnie nakręconego filmu. Odpowiednio wyważone elementy komediowe przeplatają się z pełnymi napięcia dramatycznymi, trzymając widza non-stop w niepewności co do losów bohatera. Po seansie nikt nie powinien wyjść zawiedziony.

Korekta: Damian "Nox" Lesicki



blog comments powered by Disqus