Od szablonu... - recenzja animacji "Minionki"

Niepozorne żółte stworki zupełnie niespodziewanie stały się ikonami popkultury. Choć pierwotnie pomagały Gru ukraść księżyc, szybko skradły swojemu szefowi show. Nic dziwnego, że twórcy ze studia Universal poszli za ciosem i postanowili stworzyć spin-off traktujący o przygodach nierozgarniętych miłośników bananów. Po fantastycznej pierwszej części serii (i jej niezłej kontynuacji), oczekiwania względem Minionków były spore. I chociaż film nie jest całkowitą klapą, trudno powiedzieć, żeby spełniał pokładane w nim nadzieje.

Podobnie, jak Kot w butach i częściowo Pingwiny z Madagaskaru, najnowsza animacja Universala opowiada o genezie tytułowych bohaterów. Film rozpoczyna paradokumentalna sekwencja opisująca ewolucję Minionków – zdecydowanie najśmieszniejszy i najciekawiej zrealizowany fragment filmu (szkoda, że w większości streszczony w zwiastunie). Po krótkim wstępie zawiązuje się właściwa akcja – Stuart, Kevin i Bob wyruszają na poszukiwanie złoczyńcy, który zostałby ich panem, ratując tym samym minionkowe plemię od zgubnej stagnacji. Fabuła jest pretekstowa, jak na komediową animację przystało. Jej jedynym celem jest przepychanie bohaterów od jednego żartu sytuacyjnego, do drugiego.

Niestety, humor, który powinien być głównym atutem Minionków, zawodzi na całej linii. Większość  dowcipów nie bawi, a niektóre wręcz irytują swoją wtórnością (zgłaszanie się na ochotnika, które widzieliśmy w Shreku) czy wymuszonym "podwójnym kodowaniem" (seksualny podtekst w scenie zapinania gorsetu wywołujący grymas zażenowania). Twórcy filmu zastosowali się do starej zasady produkcji sequeli mówiącej, że w kolejnej części powinno znaleźć się to samo, co w poprzednich, tylko "więcej" i "bardziej". W efekcie, zamiast jednego ciekawego łotra, mamy kilkoro nudnych, w miejsce rozbrajającej piosenki w finale otrzymujemy kilka miałkich występów wokalnych w różnych momentach seansu, a garść fenomenalnych scen z udziałem żółtych pomagierów została rozmyta do półtorej godziny filmu pozbawionego wyrazu. Ilość zdecydowanie przesłoniła jakość.

Wielkie pole do popisu dało umiejscowienie głównej części akcji w latach 60 XX wieku. Niestety, rzadkie odniesienia do ówczesnej popkultury przedstawiane są sposób nachalny i mało twórczy. Zamiast mrugnąć okiem, reżyserzy wolą walnąć widza łopatą z napisem "The Beatles" albo "Nixon". Podobnie niewykorzystany pozostał potencjał drzemiący w uczestnikach Targów Zła. Konwent rozmaitej maści łotrów mógł być festiwalem epizodycznych występów, smaczków i nawiązań. Mimo usilnego wpatrywania się w drugi i trzeci plan, trudno jednak dojrzeć jakieś ukryte znaczenia przeznaczone dla uważniejszego odbiorcy. Najwidoczniej twórcy woleli się skupić na slapstickowym humorze kosztem jakichkolwiek bardziej wyszukanych dowcipów. A wystarczy zobaczyć Baranka Shauna, by przekonać się, że jedno nie wyklucza drugiego.

Produkcja studia Aardman ma zresztą z Minionkami całkiem sporo wspólnego i pokazuje, jak podobny pomysł można zrealizować o niebo lepiej. Owce również zadebiutowały jako postaci drugoplanowe, podobnie jak Minionki komunikują się w pozornie niezrozumiały sposób, a ich kinowe przygody oparte zostały na motywie zagubienia w miejskim środowisku. W obu filmach pojawiają się nawet podobne detale, jak przebieranie się za ludzi, ucieczka z więzienia czy pluszowy miś. Shaun i jego towarzysze mają jednak ciekawsze charaktery, a ich przygody są szalenie bardziej kreatywne. Podczas seansu Baranka Shauna czuje się pasję twórców i szczere uczucia, jakimi darzą wymyślonych przez siebie bohaterów. W trakcie oglądania Minionków nie czuje się nic.

Produkcję z żółtymi sługusami w rolach głównych wyróżnia przede wszystkim jej ponadprzeciętna nijakość. Gdyby ktoś prowadził ranking najbardziej niezapadających w pamięć filmów ostatnich lat, Minionki najprawdopodobniej zdobyłyby wysoką lokatę. Tak jednak bywa, gdy główną inspirację dla powstania filmu stanowią chłodne kalkulacje księgowych z Hollywood próbujących produkować od szablonu. Jak pokazały poprzednie odsłony cyklu, obłe stworki porozumiewające się kulinarno-latynoskim dialektem kryją w sobie ogromny potencjał, który częściowo został zaprzepaszczony w obrazie.


blog comments powered by Disqus