Recenzja wydania DVD filmu "November Man"

Autor: Adam Robert Misiura
Korekta: Damian "Nox" Lesicki
29 kwietnia 2015

Choć jego źródłem jest seria powieści Billa Grangera, na którą składa się 13 części, November Man nie poraża wybitnym scenariuszem. Ptaszki ćwierkają, że sequel jest pewniakiem, co stanowi samo w sobie pewną ciekawostkę, zważywszy, że już pierwszy film jest układanką złożonych z kilku motywów rozrzuconych po całej długości powieści. Jaki to da efekt w przyszłości, dopiero zobaczymy, tymczasem możemy cieszyć się oglądaniem obrazu za sprawą Monolithu.

Fabuła jest prosta i opiera się między innymi na starym znanym schemacie – jeśli jesteś agentem nie angażuj się w związki uczuciowe. Peter Devereaux (Pierce Brosnan) ma pod swoimi skrzydłami nieopierzonego młodego Davida Masona (śliczna, buntownicza buźka Luke'a Braceya, która odwala za niego całą aktorską robotę). Jedna z misji kończy się porażką – ginie dziecko. Devereaux odchodzi na emeryturę, a Mason kontynuuje szpiegowski fach (bo czyż ma inne wyjście?). Pięć lat później Devereax zostaje poproszony o pomoc w schwytaniu rosyjskiej agentki, która kolejno likwiduje osoby zagrażające bezpieczeństwu pewnego oficjela pretendującego do fotela prezydenta Rosji. Okazuje się, że na liście tych osób figuruje między innymi – o ironio i hipokryzjo! – kochanka Devereauxa.

Pomimo tego, iż November Man nie oferuje nic nowego w treści, ani gatunku, to wykorzystuje klisze typu zabili go i uciekł z należytym szacunkiem. Dzisiaj prawie żaden film nie obejdzie się bez chwytliwego one linera i dowcipu odbijającego się śmiechem po całej sali kinowej.  November Man to jednak obraz bardzo na serio, nawiązujący do klasyków kina akcji epoki kaset video. Znajdzie swoich wyznawców wśród starszych widzów pamiętających nieśmiertelnych bohaterów produkcji, gdzie patos jeszcze nie miał prawa istnieć. Jest to film zdecydowanie niszowy, raczej direct-to-dvd, aniżeli kinowa produkcja pełną gębą. Zdawać by się mogło, że to dzieło niewarte uwagi. November Man  jest jednak znośnym i cudownie przeciętnym produktem, który przyciągnie widzów pamiętających Brosnana i jego równie śmieszne, co kultowe GoldenEye (minęło 19 lat od jego premiery). Ogromnym plusem jest to, że film nie bezcześci gatunku, ani aktorskiego dorobku samego Brosnana, co plasuje dzieło dość wysoko, jeśli o jakiejś "wyższości" można tu w ogóle powiedzieć.

Jednopłytowe wydanie prezentuje się taki sposób, do jakiego przyzwyczaił nas dystrybutor – krótki, 10-minutowy making of z wypowiedziami aktorów i członków ekipy realizatorskiej, opcjonalna oryginalna ścieżka dźwiękowa i polski lektor. Dodatki, poza komentarzem reżyserskim, zostały przetłumaczone na nasz język ojczysty, co cieszy, bowiem dokument nie jest klasycznym towarzystwem wzajemnej adoracji (poza drobnymi wyjątkami) i stanowi interesujące dopełnienie samego filmu. Dowiemy się dzięki niemu między innymi, że w scenach pościgu użyto drona do filmowania ujęć z lotu ptaka oraz otrzymamy nieco informacji o powieści, na podstawie której powstała produkcja.

November Man należy do nurtu filmów, których obecnie już się nie kręci – to stworzona w starym stylu, luźna opowieść szpiegowska, niepozbawiona charakterystycznych  klisz, ale przyzwoicie zagrana na poważnej nucie, bez silenia się na zabawne one-linery



blog comments powered by Disqus