Recenzja filmu "Nimfomanka - część II"

Lars von Trier przez kolejne miesiące budował zasłonę dymną wokół Nimfomanki. Nakręcał spiralę kontrowersyjności wynikającą z roznegliżowanych i obrazoburczych plakatów oraz intrygujących doniesień dochodzących z planu. Już pierwsza odsłona dyptyku von Triera budziła pewne wątpliwości co do rzeczywistej jakości i innowacyjności jego dzieła, jednak seans drugiej części potwierdził najgorsze przypuszczenia. Nimfomanka to wyłącznie banalna i przekorna forma poglądów reżysera.

W drugiej odsłonie obrazu duńskiego reżysera obserwujemy dalsze losy Joe, która w domu Seligmana kontynuuje swoją autobiograficzną opowieść.  Kolejne rozdziały przedstawiane przez bohaterkę nie przypominają już zabawnych i rubasznych historii z części. Tak wielbiony przez bohaterkę seks wiedzie ją nad skraj przepaści, gdzie seksualne uniesienia prowadzą do brutalności, masochizmu, utraty życia rodzinnego, a przede wszystkim do zazdrości i zabójstwa.

Lars von Trier w swoim dyptyku konsekwentnie przekonuje widza, że jesteśmy więźniami swojej seksualności. O ile pierwszą odsłonę Nimfomanki  możemy nazwać przekornym kinem rozrywkowym (bazującym na zabawnym zestawieniu historii młodości Joe z abstrakcyjnymi i absurdalnymi dygresjami Seligmana), o tyle druga część  to pełna fatalistycznych tonów historia o frustracjach wynikających z niespełnionej seksualności.

Problemem obrazu jest przede wszystkim pokręcona filozofia życiowa reżysera. Lars von Trier z uporem maniaka próbuje przekonać widza, że nimfomania nie jest chorobą lecz ograniczeniem nałożonym przez patriarchat społeczeństwa (jesteśmy podobno zmuszani do ograniczeń genderowych – słowo klucz w ostatnim czasie), a pedofilia może być czasami dobra i przyzwoita. Kontrowersyjny twórca niejednokrotnie prowadzi swoje dzieło do banału i prostactwa, usilnie szokując relacjami seksualno-kazirodczymi, ostentacyjnymi oraz często niepotrzebnymi scenami seksu (tak jak było to w scenie przesłuchania) czy po prostu kiepskimi i infantylnymi rozwiązaniami fabularnymi. Kreuje coraz bardziej nielogiczne i niespójne wątki. Sprowadza swój obraz nawet do rangi tandetnego kina zemsty - przedstawia przekomiczne i przejaskrawione losy Joe jako nimfomanki-gangstera, wykorzystującej swoje umiejętności do odzyskiwania długów (a czasem empatycznie do seksu oralnego z pedofilem).

Duński reżyser nie popisał się również w kwestii dialogów. Wprowadza pełne wisielczego humoru dygresje Seligmanna oraz obłudne refleksje Joe sprowadzające kobietę do rangi niezaspokojonego zwierzęcia, motywującego swoje zachowanie nieodpartą potrzebą satysfakcji seksualnej. Twórca nie ustrzegł się przy tym pustych i jałowych wypowiedzi, niewpływających na rozwiązania fabularne. Nimfomance  brakuje również pewnej zmyślności i wirtuozerii narracyjnej. Lars von Trier podobnie jak w Melancholii i Antychryście buduje sekwencyjność fabularną swojego obrazu, lecz w przeciwieństwie do tamtych produkcji zapomina o konsekwencji i logice w obranej konwencji. To wszystko sprawia, że film staje się mało czytelny dla widza, będąc w dużej mierze zlepkiem refleksji reżysera.

Warto zauważyć, że von Trier w drugiej Nimfomance odsłania charakterystyczne dla siebie melancholijne tony zawarte w przerażającej i chłodnej scenografii oraz pełnych szarości depresyjnych ujęciach.

Przeczytaj także: Recenzja filmu Nimfomanka - część I

Najgorszym aspektem obrazu von Triera jest źle skompletowana obsada aktorska. O ile Shia LaBeouf spisuje się poprawnie w roli Jerome’a, szarganego wątpliwościami i nad wyraz sadystycznego partnera głównej bohaterki, o tyle Charlotte Gainsbourg sukcesywnie nuży widza. Rozumiem ideę obsadzenia w roli Joe niezbyt urodziwej aktorki w celu urealnienia jej postaci (podkreślając przy tym, że każda kobieta może być nimfomanką), to jednak trudno przebrnąć przez pewną nijakość Gainsbourg, która poprzez ograniczenia charakterologiczne nie potrafi oddać brutalności, pewności siebie i mocnego charakteru Joe.

Lars von Trier wpadł w pułapkę, którą przygotował dla widzów. Konsekwentnie przekonywał, że Nimfomanka na zawsze zmieni oblicze kinematografii, a później niezaspokojone apetyty kinomaniaków doprowadziły wielu z nich do frustracji (podobnie jak Joe brak orgazmów) i opuszczania kina przed zakończeniem seansu.  Niestety, dzieło von Triera (pomimo pewnych walorów) to przede wszystkim banalna i często perwersyjna, skandalizująca wydmuszka niedorównującą głębią  Intymności Chereau.


blog comments powered by Disqus