Weź go zabij, sukinkocie - recenzja filmu "Głosy"

Pierwsze zaskoczenie: ten film to komedia. Gdy wspomni się Persepolis Marjane Satrapi, rzeczywiście można się zdziwić. Animacja na podstawie komiksu reżyserki, chociaż również podszyta humorem, wywoływała raczej uśmiech przez łzy. A na Głosach można się wyśmiać do woli. Film jest lekki, zabawny, wątki i kwestie - niewymuszone.

Drugie zaskoczenie - Ryan Reynolds. Aktor, kojarzony raczej z pośledniejszym kinem (trudno Krudów, okropną Zieloną Latarnię czy Narzeczonego mimo woli nazwać dziełami kinematografii, a z ciekawszych ról można wspomnieć głównie Pogrzebanego), tutaj daje prawdziwy popis. Ba, można powiedzieć, że to on ROBI Głosy. W jego wykonaniu Jerry, główny bohater, nabiera życia, powala widza i rozbawia do łez; nie do pominięcia jest też udawanie głosów kolejnych zwierząt, namawiających Jerry’ego do złego. Wielkie, wielkie brawa.

Jerry nie ma przyjaciół. Żadna dziewczyna nie chce się nim zająć. I to mimo tego, że jest tak naprawdę miłym kolesiem. Jedyne żywe stworzenia, które chcą z nim przebywać, to pies Bosco i kot Mr Whiskers. Jerry zaczyna z nimi rozmawiać i jakoś tak wychodzi, że one z nim także. W filmie będą pełnić rolę kreskówkowych Aniołka i Diabełka siedzących na ramionach bohatera - Bosco będzie usiłował prowadzić Jerry’ego ścieżką dobra, Mr Whiskers zaś, jako stereotypowy kot, podszeptywal mu będzie słowa o morderstwach. Okazuje się także, że przesympatyczny Jerry, od dawna na lekach i w trakcie terapii, kryje w sobie duszę mordercy.

Trzecie zaskoczenie: to nie jest film o psychopatycznym mordercy słyszącym głosy. Produkcja Satrapi to miszmasz, w którym reżyserka wrzuciła do wielkiego kotła po trochu wszystkiego: komedii (także romantycznej), groteski, dramatu, obciachu, kina obyczajowego, horroru... Co ciekawe, mieszanka wyszła jej bardzo dobra. Nie przesadziła w żadną stronę, a spora szczypta dramatyzmu związanego ze schizofrenią Jerry’ego to dokładnie to, co trzyma całość w kupie.

Poza Reynoldsem zwrócimy uwagę w sumie na Gemmę Arterton i Annę Kendrick, dwie młode aktorki grające obiekty zainteresowania naszego bohatera. Grają nieźle, dobrze oddają swoje postaci i ich relacje w Jerrym. Można im dać plusika.

Ciekawy jest też użyty przez Satrapi zabieg „przełączania się” między rzeczywistością a umysłem Jerry’ego.  Świetnie oddaje to poziom choroby bohatera. Zwraca też uwagę na dramatyczny rys filmu - walkę z najgorszym wrogiem, chorobą psychiczną. Satrapi, zdaje się, chciała tym filmem nie tylko rozbawić publiczność, ale też zaznaczyć problemy, jakie mentalnie chorzy napotykają na co dzień: niezrozumienie, złe leczenie, nieskuteczne terapie, wyobcowanie i inne, znacznie groźniejsze. Reynolds, grając Jerry’ego, idealnie oddał wszystkie te niuanse.

Cały film nie zasłużył może na 10/10, bo jednak ma swoje wady (zarówno na poziomie fabularnym, jak i np. muzyki oraz zdjęć). Nadal jest to jednak kawałek dobrego kina, wciągający, przezabawny, z głębszym znaczeniem. Warto wybrać się na Głosy do kina.



blog comments powered by Disqus