"The Walking Dead" - pierwsze wrażenia z premiery 7. sezonu serialu

Nowy świat, a może taki sam?

Premiera 7. sezonu The Walking Dead to jedno z najczęściej komentowanych wydarzeń w Internecie, poruszające miliony widzów na całym świecie, w tym George’a R.R. Martina. Miało być mrocznie, brutalnie i kontrowersyjnie. Było. Postanowiliśmy zatem przyjrzeć się nowemu odcinkowi serialu – w szerszym gronie.

Krwawa masakra Lucille…

6. sezon The Walking Dead zakończył się prawdopodobnie najbardziej szokującym cliffhangerem w historii telewizji. Twórcy miesiącami „torturowali” nas podsuwaniem mylnych tropów i kolejnymi zagadkowymi zwiastunami, które doprowadzały widzów do białej gorączki. Wszystkich nurtowało jedno pytanie: kto został „wybrankiem” Lucille?

Szok i niedowierzanie – to najbardziej odpowiednie słowa, jakimi mogę określić pierwszy odcinek 7. serii TWD. Twórcy podołali zadaniu, jakim niewątpliwie było nakręcenie epizodu godnego przedłużającego się czasu oczekiwania i zagadki, jaką stanowił finał poprzedniego sezonu.

Odcinek rozpoczyna się w iście hitchcockowskim stylu – od mocnego uderzenia. Napięcie rośnie z każdą minutą seansu, a twórcy The Walking Dead w nieskończoność odkładają rozwiązanie. Wreszcie następuje retrospekcja ze śmiertelną wyliczanką Negana. W chwili, gdy wydaje nam się, że wszystko jest już jasne, nadchodzi kolejny twist fabularny. Czeka nas jeszcze większa niespodzianka, a wydarzenia rozgrywające się na ekranie stają się jeszcze bardziej traumatyczne i brutalne. Negan, podobnie jak twórcy serialu, torturuje psychicznie bohaterów i widzów, przez co ze zdziwieniem odkrywamy, że odcinek dobiega końca. Bez słowa, jakiegokolwiek komentarza, jeszcze przez dłuższą chwilę pozostajemy w bezruchu.

To wszystko sprawia, że premierowy odcinek siódmego sezonu The Walking Dead jest zarazem najlepszym – to epizod, który na zawsze zapisze się w historii telewizji. Muszę także dodać, że Negan w wykonaniu Jeffreya Deana Morgana jest obłędny i demoniczny. To jeden z najlepszych serialowych arcyłotrów, jakich widziałem.

Mateusz Michałek

Entliczek-pentliczek, czerwony stoliczek… Na kogo wypadnie, na tego – bęc!

Sześć miesięcy gorączkowej analizy i nerwowego obgryzania paznokci właśnie dobiegło końca. Znamy już ofiarę krwiożerczej Lucille. O ile typy i teorie części internautów sprawdziły się, o tyle brutalność kluczowej sceny zaskoczyła wielu. Witajcie w nowym świecie – dumnie krzyczy Negan. Czyżby faktycznie miało przyjść „nowe”?

Finał szóstego sezonu Żywych trupów zamknęliśmy naprawdę frustrującym cliffhangerem. Oto Negan – przywódca gangu Wybawicieli – opuszcza kampera i przedstawia się, wygłaszając tyleż przerażające, co fascynujące przemówienie. W odwecie za atak na siedzibę gangu zapowiada pozbawienie życia jednego z członków ekipy Ricka. Na kogo wypadło? O tym musicie przekonać się sami.

„The Day Will Come When You Won’t Be” to przede wszystkim pojedynek dwóch aktorów – Andrew Lincolna w roli Ricka Grimesa i mistrzowsko wcielającego się w sadystycznego Negana Jeffreya Deana Morgana. Psychologiczne gierki tego drugiego prowadzą fabułę, przerywaną co jakiś czas przez drobne wtrącenia, sugestywnie zapowiadające brutalną śmierć, wokół której, de facto, skupiony jest odcinek.

Pozostaje zadać pytanie – czy dosadność przedstawienia rzeczonego mordu była uzasadniona i… niezbędna? Moim zdaniem – tak, ugruntowała bowiem postać Negana jako uosobienie czystego, niepohamowanego zła. Dzięki drastycznym, wiernym komiksowemu oryginałowi obrazom, nowy szwarccharakter zostawił w tyle poprzednich antagonistów Ricka, z którymi grupa rozprawiła się przecież bez większych problemów. Sama jednak jestem zwolenniczką przemocy sugestywnej, rozgrywającej się w przestrzeni pozakadrowej – działa ona na wyobraźnię zdecydowanie skuteczniej. Mord dokonany przez Negana nie zrobił na mnie przez to aż tak dużego wrażenia.

Na przemoc dosłowną, z której Żywe trupy słyną, sam serial skutecznie mnie już zresztą znieczulił.

Joanna Biernacik

Pot, łzy, krew i zombie

Zapowiedź siódmego już sezonu Żywych trupów twórcy serialu rozpoczęli z dużym rozmachem. W pierwszym odcinku jest wszystko: pot, łzy, krew, zombie, nadzieja i śmierć. Nie poskąpiono niczego. Producenci zapewnili nam emocje przyprawiające o zawrót głowy.

Wracamy do Negana i ferajny, którzy uwięzili Ricka i jego towarzyszy. Śmiercionośna wyliczanka, jaką nowy czarny charakter rozpoczął w ostatnim odcinku szóstego sezonu, doczekuje się wielkiego finału – i to nawet z bonusem. Prawdopodobnie jest to najokrutniejsza i najbardziej bezwzględna postać, z jaką mamy do czynienia od początku serialu. Odnosi się wrażenie, że to człowiek bez skrupułów, że dla naszych bohaterów to dopiero początek horroru.

Z Neganem się nie negocjuje i nie dyskutuje. Ma być tak, jak on chce i uwierzcie mi, że nie cofnie się przed niczym, żeby to osiągnąć. Bohaterowie, którzy pozostali przy życiu, będą musieli zmierzyć się z nową rzeczywistością i, czy tego chcą, czy nie, wykonywać jego polecenia. Jak w tej sytuacji odnajdzie się Rick, który zawsze był przywódcą i opoką dla swojej grupy? Prawdopodobnie dowiemy się tego w następnych odcinkach, które nie zapowiadają opadnięcia emocji, a wręcz przeciwnie.

Monika Kokowska

Korekta: Anna Ruszczak


blog comments powered by Disqus