Żywe trupy jeszcze nie gniją - recenzja 5. sezonu serialu "The Walking Dead"

Autor: Oldboy

Seria The Walking Dead szybko dorobiła się statusu produkcji kultowej. Choć miała też i gorsze momenty, w pełni zasłużyła na to określenie. Właśnie zakończona piąta seria prezentuje wysoki poziom, a jej finał zaostrza apetyt na dalszy ciąg.

Scenariusz filmu, oparty na kanwie świetnego komiksu Roberta Kirkmana, opowiada o postapokaliptycznym świecie opanowanym przez bezmyślne, krwiożercze żywe trupy. Próbuje w nim przeżyć grupa ludzi zgromadzona wokół Ricka Grimesa (Andrew Lincoln), niegdyś szeryfa.  Bohaterowie w 5. sezonie są już weteranami przetrwania w tym niebezpiecznym otoczeniu, a walka zombie to dla nich raczej przykra codzienność niż wyzwanie. O wiele niebezpieczniejsze są spotkania z innymi ocalałymi. Czas, który minął od wybuchu plagi, dokonał selekcji - żyją tylko najsprytniejsi, najsilniejsi i najbardziej bezwzględni, a nieliczne wyjątki tylko potwierdzają tę regułę. Coraz trudniej też znaleźć żywność, broń, leki i inne zapasy. 

W poprzednim sezonie bohaterowie dotarli do Azylu, który nie spełnił pokładanych w nim nadziei.  Nowa odsłona podejmuje przerwany wątek nie dając widzowi chwili wytchnienia. Grupa rusza dalej w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca, ale czy ono istnieje?  Czy w takim świecie w ogóle można jeszcze żyć, czy też tylko wegetować? Nadzieją na lepsze jutro jest Eugene Porter (Josh McDermitt), który twierdzi, że zna lekarstwo na epidemię. To za jego namową ekipa udaje się w podróż do Waszyngtonu. Dotarcie tam nie jest jednak łatwe, zwłaszcza gdy nieformalny przywódca grupy nie widzi w tym sensu, po piętach depcze stary wróg, a konsekwencje wizyty w pełnej zombie Atlancie dotkną wszystkich.  Gdy trafią wreszcie do bezpiecznego i spokojnego miejsca, szybko zorientują się, że pozory mylą, o przeszłości niełatwo zapomnieć, a wewnętrzne demony nie śpią…

Akcja tej serii przebiega bardzo szybko, wydaje się, że odcinki są krótsze niż w rzeczywistości, a opowieść wciąga i sprawia, że na każdy kolejny epizod czeka się z niecierpliwością.  Największą zaletą jest złożoność historii – nie opowiada ona jedynie o walce ludzi z potworami. Obserwujemy jak zmienia się świat otaczający bohaterów, a wraz z nim oni sami. Na początku epidemii, każdy chciał po prostu przeżyć i nie oszaleć. Gdy to się już udało, pojawiają się pytania.  Dokąd to zmierza? Czy można przywrócić stary porządek, znaleźć lekarstwo, czy jest jakaś nadzieja?  Gdy pojawia się choć jej cień, to jedni kurczowo się jej chwytają a inni odrzucają, nie chcąc ulegać złudzeniom. Zróżnicowanie postaci jest kolejną mocną stroną tej produkcji. Ich charaktery ciągle ewoluują poddawane nieustannej presji. Widzimy jak Rick pogrąża się w „survivalowej obsesji”, jak dorasta Carl, jak najtwardsi – Daryl i Michonne ukazują drugie, wrażliwe oblicze. Z niektórymi bohaterami musimy się niestety pożegnać, pojawiają się też nowe postaci, jak wątpiący ksiądz Gabriel Stokes i młody Noah, który pomaga Beth w Atlancie

Wszystko to rozgrywa się w doskonałej scenerii. Obraz jest spójny i wiarygodny. Widać coraz większe spustoszenie i wyniszczenie pozostałości cywilizacji. Szczególnie ciekawe lokacje twórcy serialu umiejscowili w Atlancie. Pole namiotowe wewnątrz budynku i obóz uchodźców zbombardowany napalmem robią wrażenie! Do tego coraz bardziej gnijące żywe trupy, które też „ewoluują”.

Całość byłaby jednak niewiele warta, gdyby nie świetna praca głównych aktorów tego widowiska. Na szczególne uznanie zasługuje – po raz kolejny – Andrew Lincoln jako Rick Grimes. Doskonale oddaje cały wachlarz emocji i zachowań głównego bohatera- twardego przywódcy, opiekuńczego przyjaciela, czułego ojca, ale też… bezwzględnego zabójcy i podejrzliwego paranoika. Kroku dotrzymuje mu syn Carl (Chandler Riggs). Ten dzieciak dorastający w świecie pełnym szwendających się zwłok, potrafi w nim zarówno przeżyć, jak i doskonale się bawić. Świetnie wypadają też Norman Reedus jako Daryl Dixon i Danai Gurira jako Michonne, których postaci widzimy z innej niż dotychczas perspektywy. Jak zawsze solidnie zagrał Steven Yeun (Glenn Rhe), wyróżnić można też Sonequę Martin-Green (Sasha), której postać przechodzi największą chyba w tym sezonie metamorfozę. Spore rozczarowania przynoszą Lauren Cohan jako Maggie Green i Melissa McBride jako Carol Peletiere. Tej pierwszej skrzydeł nie pozwala rozwinąć scenariusz, druga jest po prostu mało wiarygodna w roli kury domowej przeistoczonej w psychopatkę.
 
Seria piąta prawie pozbawiona jest słabych stron. Można mieć zastrzeżenia do kilku momentów, w których część postaci, przeciwstawiając się hordzie zombie, przeżywa w mało wiarygodnych okolicznościach.  Wiadomo, że siła żywych trupów tkwi w masie, więc po co wrzucać bohaterów w opresje z których wychodzą w nierealny sposób? Niektóre wątki wydają się być urwane, jakby twórcom brakło czasu na ich właściwe zamknięcie i każą nam o nich zapomnieć. Jest to tym bardziej rażące, że dotyczy istotnych motywów i postaci, po których spodziewaliśmy się o wiele więcej. Generalnie jednak mamy do czynienia ze świetnym serialem, mocno wyróżniającym się na tle innych telewizyjnych produkcji. 
 
Według matematycznego rachunku nieprawdopodobieństwa, nawet najbardziej niedorzeczne zdarzenie ma szansę zaistnieć. Polecam ten doskonały serial jako film instruktażowy na wypadek prawdziwego wysypu żywych trupów.
 

blog comments powered by Disqus