Raz, dwa, trzy… zginiesz Ty – recenzja 6. sezonu serialu "The Walking Dead"

Największym problemem popularnych seriali jest wytracanie początkowego impetu, świeżości i kreatywności w kolejnych sezonach. Wielokrotnie kryzys przychodzi powoli (jak koniec reklam na Polsacie), odcinki stają się coraz bardziej przewidywalne, a słupki oglądalności stale maleją. Jak w tej sytuacji prezentuje się 6. sezon The Walking Dead?

W najnowszych odcinkach nie zabrakło dramatycznych zwrotów akcji. Bohaterowie, jak zawsze, musieli stanąć oko w oko z olbrzymim zagrożeniem. Pierwszy odcinek po przerwie, zatytułowany Bez wyjścia, rozpoczyna się w miejscu, gdzie skończył się poprzedni epizod. Rick i jego grupa w dokładnym kamuflażu, usmarowani krwią i wnętrznościami, próbują ucieczki z Alexandrii. Niebawem jednak wpadają w tarapaty – nagły hałas wabi w ich kierunku zombie…

Twórcy TWD najwyraźniej mocno wsłuchują się w prośby fanów, którzy zarzucali serialowi pewną schematyczność. Każdy kolejny sezon rozpoczynał się od mocnego uderzenia, jednak następnych odcinkach twórcy mocno zwalniali tempo serialu na rzecz ukazania prozy życia w czasach  zombie apokalipsy.i rozmach serialu. W finale twórcy ponownie podkręcali napięcie i usiłowali wstrząsnąć widzem. Nowe epizody przyniosły jednak zmiany w formule telewizyjnego widowiska, dzięki czemu druga połowa sezonu rozpoczęła się w iście hitchcockowskim stylu. Bez wyjścia to zdecydowanie najlepszy odcinek w historii serialu, w którym znajdziemy elementy kina grozy, estetykę gore oraz emocjonalne zwroty akcji.. W kolejnych odsłonach The Walking Dead dostaje kosmicznego rozpędu, a napięcie rośnie wraz z pojawieniem się Zbawicieli. Równie ciekawie prezentuje się stosunkowo lżejszy epizod The Next World, który konwencją i poczuciem humoru (nieznanym dotychczas w serialu) przypomina mix Pulp Fiction z Zombielandem. Sezon 6b jest tak dobry, że można określić go mianem „ciągłego czekania”, gdyż czas pomiędzy emisją kolejnych epizodów dłuży się widzom niemiłosiernie (jak pobyt z kobietą w Ikei), a finałowy cliffhanger zdaje się być spełnieniem fanowskich koszmarów.

Wartka akcja i szaleńcze tempo przykryły pewne niedostatki scenariusza, rażącego wtórnością i schematami. Jak zawsze giną jednostki z problemami psychicznymi, bilans czarnoskórych bohaterów musi się zgadzać, a postacie nadal postępują irracjonalnie (wielkie poszukiwanie Carol w obliczu potyczki z bandą Negana). Trup się jednak ścieli gęsto (i nie chodzi tu tylko o ten zgniły), antagoniści przechodzą kolejne metamorfozy (relacje pomiędzy nimi ciągle są szalenie realistyczne i naturalne), pojawia się shipowanie i stosunkowo skomplikowana intryga (również niespotykana dotychczas w serialu) oraz czarny charakter z krwi i kości, o którym marzyliśmy od czasu transformacji Gubernatora w Szwendacza. Twórcy otwierają również naszych bohaterów na świat zewnętrzny, wskazując widzom, że istnieją osady znacznie lepiej rozwinięte od Aleksandrii, która przestaje być dla Ricka i innych bezpieczną przystanią. To wszystko sprawia, że widowisko kończy z pewną heroizacją swoich bohaterów. Ekipa Ricka jest w stanie zamordować przez sen potencjalnych przeciwników dla spokojnego bytu oraz pożywienia (symboliczne porównanie do zombie).

Osobny akapit należy poświęcić finałowi, który mocno… rozczarował. Ostatni epizod sprowadza się do wielkiej podróży i Dnia Świstaka, przez co każda minuta seansu irytuje widza niepotrzebnymi dłużyznami i niewiele wnoszącymi dialogami. Wprowadzenie Negana (genialny Jeffrey Dean Morgan!) ratuje jednak zwieńczenie sezonu od totalnej katastrofy, a widzowie z zapartym tchem obserwują złowieszczy i szalenie błyskotliwy monolog ikonicznego szwarccharakteru. Gdy napięcie sięga zenitu, twórcy bezczelnie raczą nas niepotrzebnym cliffhangerem. Tylko po co?

Najnowszy sezon The Walking Dead potwierdza wielokrotnie powtarzaną przez fanów sentencję, że żywe trupy nadal nie gniją. Można pokusić się wręcz o stwierdzenie, że mają się dobrze, jak nigdy dotąd. Jeśli jeszcze nie widzieliście ostatniego sezonu, to obowiązkowo musicie naprawić ten błąd października! Polecam!

Korekta: Anna Ruszczak


blog comments powered by Disqus