Człowiek człowiekowi Wilkiem – recenzja pierwszej części szóstego sezonu serialu „The Walking Dead”

Ekipa Roberta Kirkmana uwielbia żegnać rok z głośnym przytupem. Trudno wyobrazić sobie tzw. mid-season finale bez rozlewu krwi, flaków, dramatycznych decyzji i długiego szeregu cliffhangerów. Wydaje się, że tradycją jest już także uśmiercenie przynajmniej jednej z ważnych postaci. Rok temu była to urocza Beth Greene, dwa lata temu trafiło na Świętego Mikołaja apokalipsy zombie, Hershela. Taka śmierć jest zwykle niemożliwa do przewidzenia i zaskakująca – udowadnia, że w świecie, w którym człowiek człowiekowi Wilkiem, nikt nie jest bezpieczny. Na kogo padło tym razem?

Pierwsza transza odcinków szóstego sezonu The Walking Dead obejmuje dość krótki czas akcji – nie więcej niż kilka dni. Jest to jednak okres bardzo intensywny zarówno pod kątem akcji, jak i psychologicznych, osobistych przemian bohaterów. W związku z natarciem wielkiej hordy – kilku, jeśli nie kilkunastu tysięcy osobników – aleksandryjska grupa dzieli się. Część, w tym Glenn, Daryl, Abraham, Sasha i Rick, wyrusza na misję mającą na celu odciągnięcie potopu szwendaczy na bezpieczną odległość, podczas gdy Maggie, Carol, Deanna i reszta społeczności Alexandrii starają się wzmocnić płot chroniący osadę. Nic jednak nie idzie po myśli bohaterów. Głośna syrena niweczy plan Ricka, a pozostali spotykają na swojej drodze dwie wrogie szajki – Alexandria musi zmierzyć się z atakiem psychopatycznych Wilków, podczas gdy Daryl, Sasha i Abraham zostają zatrzymani przez motocyklowy gang – znanych z komiksu Wybawicieli. Na domiar złego upadek kościelnej wieży przerywa płot, otwierając drogę krwiożerczej hordzie. Nie jest dobrze.

Kompozycyjnie transza wpisuje się w typowy dla serialu układ – pierwsze trzy odcinki zapewniają nieprzerwaną, dynamiczną akcję, by kilka kolejnych poświęcić na nieco wolniejsze tempo, psychologiczny rozwój postaci i relacji między nimi. Finał z kolei znów przynosi zawrotną prędkość i napięcie, którego nie powstydziłaby się niejedna hollywoodzka produkcja. Pewne wątki zostają zamknięte, inne otwierają się, trzymając widza przed ekranem. Niepewna sytuacja Glenna, grasujące Wilki i zbliżająca się horda to tylko kropla w morzu problemów, z jakimi będą zmuszeni uporać się Rick i spółka. Równie niebezpieczne są tarcia wewnątrz grupy. Choć Deanna przyjęła nowych i ostatecznie zaakceptowała ich jako część zbudowanej przez siebie społeczności, nie wszystkim podobają się krwawe i autorytarne zapędy nowego szeryfa. Także odmieniony Morgan nie potrafi dostosować się do obecnego porządku, nawiązując otwarty konflikt z Carol. Czy mantra głosząca, że każde życie się liczy, ma w tym świecie rację bytu?

Nie zabrakło również charakterystycznej dla Żywych Trupów symboliki. Abraham symbolicznie odcina się od tragicznej przeszłości. Deanna symbolicznie przekazuje pałeczkę Rickowi. Glenn symbolicznie zapowiada swój powrót do Alexandrii. Wszystkie znaki na niebie i ziemi zwiastują także nadejście Zbawicieli i ich przywódcy – Negana. „Co to za Negan?” – zapytacie. Pamiętacie Gubernatora? Podnieście go do potęgi czwartej i uzbrójcie w motocykl oraz kij bejsbolowy owinięty drutem kolczastym et voilà! Oto on, prawdopodobnie najgroźniejszy przeciwnik, z jakim przyjdzie zmierzyć się naszym ulubionym bohaterom. Ci, którzy śledzą fabułę komiksu wiedzą, że dni Glenna mogą być policzone. Innymi słowy – jeszcze zatęsknicie za Gubernatorem.

Mogłoby się wydawać, że gnijące truchła nie mają nam już nic do zaoferowania. Wręcz przeciwnie! Po nieco słabszym piątym sezonie serialu zombiaki odżywają, racząc nas solidną dawką adrenaliny. Kolejny odcinek zobaczymy dopiero 14 lutego – śmiem twierdzić, że jest na co czekać.

Korekta: Anna Ruszczak


blog comments powered by Disqus