Nie rzucim ziemi… – triumfalny powrót serialu "Żywe trupy"

Na nowy odcinek The Walking Dead czekaliśmy dwa i pół miesiąca. Przeszło 70 dni nieznośnej niepewności. Niezliczone godziny i bezsenne noce. Jak Daryl, Sasha i Abraham poradzą sobie z grupą psychopatycznych Wybawicieli? Czy Glenn zdąży wrócić do Maggie? Co z Alexandrią? No Way Out, dziewiąta część sezonu, przynosi odpowiedzi na wiele zawieszonych w próżni pytań – z przytupem, którego nie powstydziłby się nawet Michael Bay.

W utopijnym miasteczku Alexandria nie dzieje się dobrze. Mieszkańcy, dotąd żyjący w słodkim kłamstwie, iluzji normalności, muszą w końcu stawić czoła rzeczywistości. Ta nie jest wcale piękna. Nie otrząsnąwszy się jeszcze po niespodziewanym ataku stada Wilków (przypomnijmy – dzięki Morganowi jeden z nich wciąż grasuje), grupa niedobitków musi zmierzyć się z przeciwnikiem równie krwiożerczym, a zdecydowanie liczniejszym – zalewającą osadę hordą szwendaczy.

Szósty sezon Żywych trupów dotąd nie zawiódł. Nie inaczej jest w przypadku najnowszego odcinka – już od pierwszych scen chwyta on widza za gardło i ściska bez opamiętania. Twórcom wybitnie odpowiada przy tym igranie z uczuciami odbiorców - ci ze słabszym sercem lub nadciśnieniem powinni przed seansem zażyć odpowiednią pigułkę, całej reszcie polecam herbatkę rumiankową lub opakowanie Nervosolu. Gwałtowne zwroty akcji i niespodziewane wolty każdego przyprawią o palpitację serca.

Mimo bezustannej akcji niezwalniającej poniżej piątego biegu, twórcom udało się przemycić tak istotny dla serialu aspekt psychologiczny. Charakterologia postaci nie stoi w miejscu – warto zwrócić uwagę na kilka kluczowych przełomów. Rick wydaje się chwilowo zatracać w szaleństwie, Morgan dostrzega poważny błąd w metodologii swojego rozumowania, irytujący ksiądz w końcu się do czegoś przydaje, a dzieci… cóż, raz jeszcze udowadniają, że są najsłabszym ogniwem łańcucha przetrwania.

Na wyróżnienie zasługuje też strona techniczna. No Way Out to, nie przymierzając, jeden z najbardziej efektownych wizualnie odcinków w historii serialu. Szybkie ruchy kamery i cięty montaż nadaje akcji dynamikę i naprawdę sprawnie podnosi ciśnienie, zwłaszcza w scenach dramatycznej bitwy o losy osady. Typowa dla estetyki The Walking Dead monochromatyczna paleta barwna przełamana zostaje atrakcyjnie nakręconymi jęzorami ognia. Jak widać, można połączyć piękne z pożytecznym.

Wygraliśmy bitwę, co nie oznacza końca wojny. Nadchodzi Negan. 

PS: Mimo nieustającej akcji, Glenn zapewnił nam też ściskające za serduszko spojrzenie w przeszłość. Tęsknicie za Dalem? Andreą? A może Hershelem? Ja też. 

Korekta: Ewelina Chruściel


blog comments powered by Disqus