Wojna i spokój - recenzja filmu "Źródło nadziei"

Jak świat światem, w Hollywood panuje niepisana zasada, że znany aktor bądź aktorka z czasem wchodzą na reżyserską ścieżkę kariery. Wielu odniosło sukces, jak na przykład Ben Affleck, który tym samym przysłonił swoje mało chwalebne dokonania aktorskie . Znamy też przykład Mela Gibsona – niegdyś światowej sławy gwiazdor kina akcji, później świetny reżyser. Dzisiaj na reżyserską karierę aktorzy decydują się coraz szybciej, co nie przeszkadza i tym starszej daty podejmować takich decyzji. Oto nieco już przygasła gwiazda Gladiatora, Russell Crowe, debiutuje melodramatem Źródło nadziei. Wybór zaskakujący dla wszystkich, szczególnie dla tych, którzy kojarzą gwiazdora z rolami twardych, męskich postaci.

Film zaczyna się sekwencją w sercu bitwy na wyspie Gallipoli w 1919 roku, gdzie żołnierze w okopach przygotowują się do ofensywy. Daje to odczuć, że mamy do czynienia z kinem nawiązującym do klasyków. Poszczególne kadry są ładnie skomponowane, gra aktorska przyzwoita, ale brakuje w tym wszystkim polotu. Ponadto sekwencje cofające nas do wydarzeń z przeszłości, ukazane w zwolnionym, rwanym tempie, oddają mało estetyczne wrażenie, szczególnie jeśli brać pod uwagę ich siermiężny, melodramatyczny wymiar. Dopiero gdy scenariusz rozwija skrzydła, całość zyskuje w oczach widza z minuty na minutę. Choć Źródło nadziei stawia na powolne tempo, napięcie rośnie sukcesywnie, rozładowywane co jakiś czas niesamowicie trafnym i ciepłym poczuciem humoru. To zaskakujące, zważywszy że pierwsze minuty filmu zapowiadały coś innego.

Fabuła wpisuje się idealnie w ramy melodramatu oferując zarówno dużych rozmiarów tło historyczne jak i sporą dawkę emocji. Australijczyk Connor (Russell Crowe) wyrusza w podróż do Turcji, by odnaleźć zaginionych na polu walki synów. Wzniosłość idei przebrzmiewa w formie, bowiem Źródło nadziei w pewien sposób nawiązuje do skostniałego dziś gatunku wielkich epickich dramatów osadzonych w egzotycznych plenerach. Sukces debiutu reżyserskiego utytułowanego aktora leży przede wszystkim w tym, że artysta doskonale odnajduje się w materiale i nie boi się ani romantyzmu, ani ckliwości. Jego bohater szuka synów na wyczucie, kierując się ojcowską miłością. Brzmi to fantastycznie, ale tak jest w istocie.

Na szczęście, produkcji daleko od pompatyczności. W dodatku, Crowe potrafi rozładować napięcie dowcipem nie umniejszając ani na chwilę wagi opowiadanej historii. Powoli odkrywa kolejne karty scenariusza i nie pozwala widzowi nudzić się. Cieszy również, że tło historyczne, pomijając główny wątek poszukiwania zbiorowych mogił, nie jest jedynie tłem sensu stricte. Reżyser przemyca do scenariusza turecką tożsamość czy mentalność ze stosownym szacunkiem i pomimo wielu uproszczeń, odczuwa się jego fascynację tą kulturą.

Źródło nadziei to dzieło dobrze zagrane, nakręcone w starym stylu, którego dzisiaj mamy jak na lekarstwo. Akcję osadzono w czasach, kiedy po raz pierwszy podjęto decyzję o odszukiwaniu i grzebaniu ciał poległych, dzięki temu film można odbierać jako hołd złożony poległym na frontach wojennych żołnierzom. Russell Crowe dowiódł, że wciąż można stworzyć przyzwoity, mądry melodramat, który niespodziewanie pozytywnie zaskoczy szerokim wachlarzem emocji. 


blog comments powered by Disqus