Recenzja filmu "Wilk z Wall Street"

Scorsese nie wypada ze szczytowej formy - chociaż zdaje się cytować samego siebie (Chłopcy z ferajny, Kasyno), wciąż uwodzi widza z energią, której wielu reżyserów może mu tylko pozazdrościć. Niemal 3-godzinny Wilk z Wall Street oszałamia jak mocny narkotyk i podnieca jak świetna impreza, którą – trzeba to powiedzieć - jest. Warto jednak zajrzeć za kulisy tej orgii - pod powierzchnią frenetycznego, pulsującego od adrenaliny wilczego świata czai się ironia i sporo goryczy. To trzeba zobaczyć. To trzeba poczuć.

Film został oparty na autentycznej historii Jordana Belforta, który po załamaniu giełdy w 1987 roku zbił fortunę na akcjach tzw. „spółek śmieciowych”. Założona przez niego firma, początkowo zatrudniająca tylko grupę najbliższych przyjaciół, dzięki odważnym (i nie do końca etycznym czy legalnym) działaniom przeobraziła się w potężny dom maklerski generujący milionowe zyski. Sam Belfort został krezusem właściwie z dnia na dzień, naiwnością jednak byłoby sądzić, że to go zadowoli. Wręcz przeciwnie: apetyt rośnie tu w miarę jedzenia. Wilk sprawia, że Gordon Gekko wydaje się rozsądnym, skromnym dżentelmenem z zasadami.

Dla fanów twórczości reżysera oraz wiernej widowni kina gangsterskiego odniesienia będą czytelne: Jordan nie jest „Asem” Rothsteinem, ale jego przyjaciel i pomagier Donnie Azoff (Jonah Hill) do złudzenia przypomina momentami neurotyczne kreacje Joe Pesciego, a ukochana Naomi mogłaby z powodzeniem udawać młodszą, mądrzejszą siostrę Ginger McKenny. Koniec lat 80. został w Wilku odkurzony oraz pokolorowany, wręcz przerysowany – wszystko jest tu za bardzo: za duże domy, zbyt ostentacyjne samochody, za dużo używek, zbyt intensywne emocje. To jak bezustanny orgazm, wielokrotny i intensywny, a stymulatorem podniecenia są – jakby inaczej – pieniądze.

Wilk DiCaprio jest profesjonalnym i zawodowym nałogowcem. Konsumuje bez opamiętania, spazmatycznie korzystając z uroków życia w kolejnych paroksyzmach zachłanności. Nie bez powodu jego postać rodzi się, kiedy giełda – wydawałoby się – kona w agonii. Na trupach swoich poprzedników, wzmocniony porażką (jeszcze niezbyt bolesną) młody Jordan sączy swój wielki sen do głów współpracowników. Kiedy do nich przemawia, jest wizjonerem, prorokiem, który trzyma w ręku mapę do Ziemi Obiecanej. Nie kłamie. Naprawdę wierzy w to, że wszystko co należy zrobić, to bezustannie sięgać, bez względu na konsekwencje.

Kiedy jednak upada, czyni to w równie spektakularny sposób - sięga granic upodlenia pod wpływem używek, a jeśli jego ciało jest świątynią, to z pewnością zamieszkiwaną przez bóstwo chaosu i pożądania. Umiar jest dla słabych. Lista narkotyków, które zażywa codziennie bohater jest długa jak recepta dla człowieka cierpiącego na wszystkie możliwe choroby świata. W życiu Wilka królują: pieniądze, kokaina i seks, prawdopodobnie w tej właśnie kolejności. Chociaż u boku ma swoją wielką  – rzekomo – miłość, bezustannie zdradza ją z samym sobą: ze swoimi namiętnościami, popędami czy desperacką wręcz potrzebą balansowania na krawędzi fizycznych możliwości. Inne kobiety nie mają tu znaczenia - liczy się tylko pogoń za silnymi wrażeniami, poczucie wszechmocy, przekraczania granic. Jordan Belfort oraz jego karykaturalni kompani żyją tak, jakby jutra miało nie być.

Powiedzieć, że Wilk z Wall Street jest filmem dopracowanym i dobrze zrobionym, to tak jak skwitować Lady Gagę słowami „dość nietypowa”. Lekkości fabule dodają dystansujące komentarze kierowane do widza, za pomocą których bohater „oprowadza” po swoim świecie i życiu, wychodząc na chwilę poza ramy własnej historii. Muzyka za to już od pierwszych chwil wciąga w wir wydarzeń i nie pozwala na dekoncentrację. Bohaterowie walczą między sobą o uwagę i sympatię publiczności: Matthew McConaughey tworzy wyrazistą, zapadającą w pamięć kreację Marka Hanny w ciągu zaledwie jednej dłuższej sceny, a przebiegły szwajcarski bankier Jean Jacques Saurel (Jean Dujardin) uwodzi czarującym uśmiechem oraz eleganckim akcentem. W finalnej scenie zaś Belfort-aktor zostaje wprowadzony na scenę przez prawdziwego Belforta, którego pojawienie się w obrazie jest jak perskie oko puszczone do widowni i symboliczne namaszczenie zarazem. Wszystko to jednak jest tłem, na którym swój popisowy taniec wykonuje Wilk – straceniec i utracjusz, hedonista, uzależniony od pieniędzy i życia bezwzględny oraz bezwstydny marzyciel. Po nieco niemrawym Jayu Gatsbym DiCaprio tworzy wreszcie postać, dzięki której może objawić pełnię swojego aktorskiego talentu. Chociaż prawdopodobnie znowu zostanie pominięty podczas oscarowej gali, warto zapamiętać z filmu przynajmniej jego brawurową kreację.

Kiedy przychodzi do rozliczenia głównego bohatera, Scorsese ironicznie milczy i z przekorą uśmiecha się do tych, którzy oczekiwali spowiedzi, kary czy zadośćuczynienia. Nikt nie oczekuje szczęśliwego zakończenia i oczywiste jest, że w finałowej scenie nie zobaczymy Wilka stojącego na pokładzie eleganckiego jachtu z drinkiem w dłoni, ale dzień sądu okazuje się nie być aż tak straszny. Uosabiający drapieżny kapitalizm Belfort jest niezniszczalny, a pieniądz dalej rządzi światem – reżyser bawi się zaś w adwokata diabła, wypuszczając na światło dzienne ludzkie demony i żądze. Czy jest bowiem ktoś, kto nigdy nie śnił snów o potędze?


blog comments powered by Disqus