Recenzja filmu "Wolverine"

Nie jest niczym dziwnym, że oglądając nowy film lub czytając nieznaną książkę, szukamy analogii oraz skojarzeń. Im większą wiedzę mamy na temat kultury, tym więcej odnajdujemy aluzji i motywów, które można ze sobą porównać, dostrzegamy, że rozwiązania fabularne czy sylwetki bohaterów wzorowane są na czymś, co już znamy. Jeśli odniesienia te skonstruowane są w interesujący sposób, mogą stać się ogromną zaletą filmu. Jeżeli jednak Wolverine budzi skojarzenia z wyjątkowo nieudanym Batmanem i Robinem, od razu wiadomo, że zakup biletu do kina nie był najlepszą decyzją finansową tego tygodnia.

Logana  spotykamy w momencie, kiedy został już całkiem sam: jego ukochana Jean nie żyje, a jaki los spotkał profesora Xaviera i Magneto - pamiętają wszyscy, którzy oglądali pozostałe filmy z serii. Rosomak żyje zatem w leśnych ostępach, ukrywając się przed światem, gdzie jego spokój zakłócają tylko niepokojące sny o kobiecie jego życia oraz strzępki wspomnień z Nagasaki, gdzie uratował życie pewnego żołnierza. Oczywiście, tak zostać nie może: sikający demonstracyjnie niedźwiedź (panowie od efektów specjalnych powinni udać się na korepetycje do ekipy Życia Pi i podszkolić z zakresu tworzenia komputerowych zwierząt) nie jest odpowiednim towarzystwem dla naszego bohatera. Na drodze Logana staje jednak pewna nieco nadpobudliwa Japonka, stanowiąca skrzyżowanie czerwonowłosego Ronalda McDonalda i oraz Gogo Yubari z Kill Billa. Jak możemy się domyślić, jej wizyta ma związek z historią z Nagasaki i rozpocznie przygodę pt. Wolverine w w Kraju Kwitnącej Wiśni.

Filmowa Japonia oferuje widzowi to, czego od Japonii się oczekuje: superszybkie pociągi, ultranowoczesne technologie, garść przesądów i zabobonów, obecną na każdym kroku tradycję, kimona, pałeczki, ninja oraz yakuzę. Nikogo nie zaskoczy, że nawet zahukana wnuczka niegdyś ocalonego żołnierza (obecnie właściciela ogromnej korporacji) precyzyjnie ciska nożami do celu i zna parę użytecznych kopnięć. James Mangol operuje kliszami i wcale nie próbuje udawać, że jest inaczej, jednak nie powinno to nikogo zdziwić ani rozczarować: ostatecznie chodzi przecież tylko o dobrą zabawę.

A tej jest tu całkiem sporo: Rosomak przebiera się za jeża (jest to – oczywiście przez przypadek – najzabawniejsza scena w całym filmie), walka na dachu pociągu jest jak policzek w twarz praw fizyki, a zaczerpnięte z azjatyckiego kina kopanego sceny starć Logana z przeważającymi siłami wroga są odpowiednio widowiskowe, chociaż ich finał można przewidzieć, zanim jeszcze zobaczymy wysunięte pazury. Żałować można jedynie utraconego potencjału – chwilowa utrata części supermocy powinna była zostać wykorzystana jako pretekst do pogłębienia sylwetki Wolverine’a, ukazania bohatera w sposób podobny jak przedstawiono Tony’ego Starka w ostatniej części Iron Mana. Niestety, reżyser postawił na akcję: nawet osłabiony Rosomak wciąż jest niepokonany i wydaje się niespecjalnie przejmować tym, że śmierć stała się nagle dostępną opcją.

Dla kobiecej części widowni patrzenie na Hugh Jackmana wciąż jest niewątpliwą przyjemnością, głównie dlatego, że – najwyraźniej – biedak nigdzie nie może znaleźć pasujących ubrań i demonstruje umięśnioną klatkę piersiową przez zdecydowaną większość filmu. Chociaż w zauważalny sposób nie jest już tym młodzieniaszkiem z pierwszej części X-men, wciąż jest mrocznym obiektem pożądania. Niestety, bohaterki kobiece nie dorównują mu charyzmą – są efektowne, ale bezbarwne (Toa Okamoto w roli Mariko) lub przerysowane (Swietłana Chodczenkowa jako Viper). Zwłaszcza Chodczenkowa prezentuje warsztat aktorski sugerujący, że przygotowywała się do roli, oglądając w kółko sceny z Umą Thurman jako Poison Ivy w najsłabszej odsłonie Batmana. Niegodziwa żmija biega dookoła w za wysokich obcasach i nieco zbyt obcisłym lateksowym kostiumie, z którym kłóci się jej uroda cheerleaderki.

Wolverine jest skontruowany zgodnie z zasadami gatunku: od początku wiemy, kto zwycięży, a kto kogo pokocha na zabój, Główny Złoczyńca nie wytrzyma i będzie musiał podzielić się z protagonistą swoim niecnym planem, a braki w fabule uzupełnia się na bieżąco efektami specjalnymi czy wymachiwaniem bronią białą. Mamy także morał: motywem przewodnim filmu staje się historia człowieka, który dał kiedyś palec, a teraz chcą mu odjąć ręce, co nie do końca jest metaforą. Rosomak dowie się także, że został poważnie oszukany – w każdej chwili można było go od-rosomaczyć za pomocą małej wiertareczki i szabelki z adamantium (działa tylko wtedy, kiedy chwyci się ją oburącz). To takie proste.

Na tle całej sagi najnowszy film o Loganie nie wypada przerażająco źle, jednak jeśli za punkt odniesienia postawić mu inne produkcje oparte na komiksach Marvela (np. Avengers), trudno ukryć zażenowanie.Wolverine przepełniony jest kalkami, naiwnymi i banalnymi rozwiązaniami, uproszczeniami, sprawia wrażenie produkcji, podczas kręcenia której Logika i Fizyka siedziały zakneblowane w piwnicy. Oczywiście, może wciąż bawić i pozwala na nieskrępowaną oraz niewymagającą rozrywkę, dostarczając dynamicznych scen pościgu i walk, widoku umięśnionego brzucha i pięknych kobiet, jednak dla widza, który spodziewał się czegoś więcej niż efektowne mordobicie, kilku suchych żartów i plejady czarno-białych bohaterów, seans będzie rozczarowaniem. Jasnym światełkiem w tunelu jest ostatnia, pojawiająca się już po napisach końcowych scena z dawno nie widzianymi bohaterami, która stanowi preludium do kolejnej odsłony cyklu – jest za wcześnie jednak, by jednoznoznacznie stwierdzić, czy tym światełkiem nie jest nadjeżdżający z naprzeciwka pociąg.

Czy warto wybrać się do kina? Dla fanów postaci i sagi X-Men jest to z pewnością pozycja obowiązkowa, do gustu powinna też przypaść widzom, którzy nie mają wielkich oczekiwań i chcą się po prostu odprężyć na filmie wypełnionym dynamiczną akcją oraz efektami specjalnymi. Cała reszta powinna jednak poczekać na wydanie DVD lub Blu-Ray albo w ogóle zapomnieć o tym, że taka produkcja powstała.

Wolverine'a możecie zobaczyć w


blog comments powered by Disqus