Recenzja filmu "Anioł Śmierci"

Pamiętacie Kobietę w czerni? Horror, który wywołał małą sensację: pierwsza połowa XX wieku, tajemnicze zgony w pewnej wiosce, szaleństwo, duchy i młody obcy mężczyzna (Daniel Radcliffe). Raz, że film był po prostu dobry – bardzo klimatyczny, nieprzesadzony, a reżyser operował schematami i kliszami w ciekawy sposób – dwa, to była pierwsza po Harrym Potterze rola filmowa Radcliffa, w której młody aktor pokazał się z bardzo dobrej strony.

Anioł śmierci zdaje się być kontynuacją Kobiety. Akcja toczy się w czasie II wojny światowej, kiedy to nauczycielka Eve Parkins wraz z dzieciakami i dyrektorką szkoły, panią Hogg, ucieka przed nalotami dywanowymi. Celem jest niewielkie miasteczko poza Londynem. Po drodze cała grupa spotyka Harry’ego, nieprzyzwoicie wręcz przystojnego pilota, stacjonującego niedaleko ich miejsca przeznaczenia. Razem trafiają do Eel Marsh House, ponurego domiszcza. Szybko okazuje się, że dzieci mogą zobaczyć w nim mroczną rezydentkę – Kobietę w Czerni. Pierwszą ofiarą zjawy staje się Edward - chłopiec, który stracił głos po śmierci rodziców. Eve odkrywa go owiniętego drutem kolczastym na wybrzeżu niedaleko domu. Rozpoczyna się walka z tajemniczym duchem.

Jak to się prezentuje na ekranie? Przede wszystkim – straszliwie nierówno. Jest sporo klimatycznych, mrocznych, pełnych grozy scen, nakręconych ze sporym pazurem. Jednocześnie Tom Harper, reżyser (pierwszą część wziął pod swoje skrzydła James Watkins) zdaje się nie wiedzieć, jak wykorzystać ten potencjał.

Główna heroina, Eve (przyjemna, ale niezbyt znana Phoebe Fox), jest postacią mocno niewiarygodną i niedopracowaną. Zacznijmy od tego, że ma wyraźne upodobanie do włóczenia się samotnie po wrzosowiskach, lasach, bagnach… Idealna bohaterka horroru. Poza tym jest typową "damą w opresji" – niewinna, urocza, zdeterminowana i silna, stara się jak może, by słabość okazywać tylko przed Harrym (Jeremy Irvine – jeden z jaśniejszych punktów filmu). Na plus można jej zaliczyć ciekawe oddanie relacji nauczycielka-uczeń w przypadku prób terapii Edwarda. Wspomniany Irvine - chociaż jego rola jest, delikatnie mówiąc, nudnawa - stara się jak może i wkłada w postać pilota-przystojniaka sporo życia. Ten młody aktor wyraźnie ma potencjał, by przyciągnąć przed ekrany nie tylko ładną buźką. Reżyser jednak chyba postawił sobie za cel, by żaden z aktorów nie grał za dobrz…na szczęście dzieciaki nie były zbyt posłuszne. Odgrywający rolę Edwarda Oaklee Pendergast radzi sobie naprawdę dobrze i jego postać potrafi postraszyć. Reszta młodej obsady także zasługuje na uznanie – jak na swój wiek sprawili się znakomicie. Nadal jednak brak charyzmatycznego aktora, który – jak Radcliffe – tchnąłby życie w tę produkcję.

Podobnie jak w Kobiecie w czerni mamy tu żonglowanie kliszami: nawiedzony dom, paskudnie podejrzane zabawki, dziecko-niemowę, mroczną przeszłość. Jednocześnie tutaj reżyser nie podołał. Nie dość, że spłaszczył postaci, jak tylko mógł, to jeszcze każdy możliwy wątek grozy udało mu się poprowadzić nudno. Po chwilowym efekcie "diabła z pudełka", gdy coś nas rzeczywiście straszy, dostajemy kolejną porcję dialogów, omdlewającego w tle wątku romantycznego, biegania po polu czy podobnych smaczków. Muzyka też nie pomaga – jest standardowa.  Można powiedzieć, że napięcie porównywalne jest do tego, jakie odczuwamy podczas oglądania M jak miłość.

Jednocześnie nie można ocenić Anioła śmierci wyłącznie negatywnie. Jak wspomniane zostało na początku, zdjęcia miejscami są po prostu ekstra. Atmosfera grozy budowana dzięki nim jakoś ratuje całość od bycia nudną wydmuszką. Aktorzy także starają się, jak mogą, chociaż do obsady z oryginalnej produkcji z 2012 roku im daleko. Film ogląda się z dość mieszanymi uczuciami, ale jeśli nie nastawimy się na świetny horror, nie rozczarujemy się specjalnie – jest mrocznie i ładnie (zdjęciowo), poprawnie muzycznie i aktorsko, fabularnie tak sobie, ale nie najgorzej. Można obejrzeć.



blog comments powered by Disqus