Tylko DNA kosmitów może nas ocalić – recenzja minisezonu „Z Archiwum X”

Wymownie zatytułowany, szósty odcinek dziesiątego sezonu Z archiwum X napisał i wyreżyserował sam Chris Carter. Moja walka II miała zamykać rozpoczęte wątki, ale pozostawiła po sobie jeszcze więcej pytań. Czy to już koniec walki Muldera i Scully? A jeśli tak, to kto jest zwycięzcą, a kto przegranym?

Reboot Z archiwum X po tak długiej przerwie był przedsięwzięciem ryzykownym i obciążonym ogromnymi oczekiwaniami ze strony fanów. Z każdym kolejnym odcinkiem oczekiwania te stawały się coraz większe, wybuchały emocje, pojawiała się nieuchronna krytyka. Niestety patrząc z tej kilkudniowej perspektywy, jaka dzieli nas od premiery odcinka finałowego, należy się zgodzić, że Carter nie uniósł brzemienia oczekiwań, powielając schematy, drażniąc straszliwie drewnianymi dialogami i rozpaczliwie starając się łatać fabularne luki, podtykać widzom pod nos wyjaśnienia, miksując powagę z pastiszem. Z hukiem padła atmosfera spisku i paranoi w obliczu niejasnych poczynań rządu, zabrakło sekretów związanych z obcymi.

Skoro więc Carter nie podołał, może pora oddać ster? W końcu odcinek Darina Morgana, w którym Mulder i Scully poznają „jaszczura z problemami”, pozytywnie się wyróżniał. Być może doszło do tego, że nowe Z archiwum X funkcjonuje jako autoparodia, mrugając okiem do swoich wieloletnich fanów w dialogach przesadnie nasyconych onelinerami i nawiązaniami do wydarzeń z poprzednich sezonów? A może Carter i Fox planują zagrać fanom na nosie, zastępując ich uwspółcześnionymi odpowiednikami w postaci agentów Millera i Enstein? Czy to by oznaczało, że w przyszłym sezonie nie zobaczymy już Skinnera, Reyes i Palacza? Nie, tego by było za wiele. Prawda wydaje się być zupełnie inna i wcale nie leży „gdzieś tam”.

Finałowy odcinek zakończył się pokazowym cliffhangerem, a to oznacza, że stacja i Carter mają w planach kontynuację. Zwróćmy uwagę na sprytne wyjaśnianie pobocznych wątków osobistych Muldera i Scully, również w odcinkach opartych na śledztwach „monster of the week”, przygotowanie tła do dalszego rozwijania tych wątków. Nawet biorąc pod uwagę owe zamiary, w ogólnym rozrachunku minisezon miał być jedynie testem oglądalności, sprawdzianem wierności fanów – i niczym więcej. Po co wydawać fortunę na pełnowymiarowy sezon, jeśli można przeprowadzić akcję marketingową mniejszym kosztem i wysiłkiem? Słupki oglądalności poszybowały w górę, wszyscy (?) są zadowoleni. Wszyscy chcą wierzyć, że będzie więcej. Miejmy nadzieję, że tym razem będzie również lepiej. 

korekta: Ewelina Chruściel


blog comments powered by Disqus