Tintin - starszy brat czy ojciec? - recenzja filmu "Przygody Tintina"

Uwaga, uwaga – najświeższe wieści plotkarskie. Profesor Henry Jones powinien poważnie przyjrzeć się swemu potomkowi, Henry’emu Juniorowi. Oglądając bowiem kinowe wyczyny dużo "starszego", gdy chodzi o datę "narodzin" Tintina, trudno oprzeć się spostrzeżeniu, że ojciec prawdziwy Indiany pochodzi z... Brukseli.

Młody podróżnik i reporter Tintin wraz ze swym wiernym i równie nieustraszonym psem Milusiem (chwała Katarzynie Wojsz, że nie "wcisnęła" tu amerykańskiej przeróbki na Snowy...) drąża rozmaite tajemnice, na których trop wpadają zwykle przypadkiem. Nie inaczej jest tym razem, kiedy na pchlim targu kupują model statku Jednorożec, który nagle staje się przedmiotem pożądania wielu bardzo dziwnych i niebezpiecznych osób. I tak oto Tintin odkrywa pewną zagadkę, spisaną na kawałku pergaminu, a jej rozwiązanie dostarczy mu fascynujących i tyleż karkołomnych przygód, pośród których pozna nowego odtąd wiernego mu już zawsze przyjaciela.

I tylko uwaga dla tych, którym wyda się, że Tintin to film na miłe niedzielne popołudnie w towarzystwie przedszkolaków. Otóż nic z tych rzeczy! Tak jak w oryginale, to pełnokrwista opowieść sensacyjna, pełna pościgów strzelanin oraz (nie)zwykłego mordobicia. I choć wiele scen mówi jasno: to przygodowa bajka, to warto dać się jej uwieść niezależnie od wieku. Dynamika, stopień zagmatwania, oraz zmiany miejsc i tempa akcji przyprawiają o zawrót głowy i nieodmiennie przywodzą myśl skojarzenie z innym, wspominanym już spielbergowskim łowcą przygód i odkrywcą w znoszonym kapeluszu. Czy to przez wspaniałe bogactwo wyobraźni Hergé’a czy też filmowy "silnik" Spielberga skojarzenia Tinitna z Indianą Jonesem uniknąć nie sposób. I nie ważne czy Tintin to starszy brat czy ojciec Indy’ego – porównanie to nie ujmuje ani jednemu, ani drugiemu!

Poza galopującą akcją przez film przewija się sporo ciekawych postaci, których nie wykastrowano w myśl zasad poprawności politycznej z pierwotnego kolorytu. Tak łatwo było przecież np. uwolnić wiecznie podchmielonego kapitana Baryłkę od jego nałogu w imię jakichś "wyższych racji". Ale nie! Barylka żłopie nadal zdrowo i na potęgę, a detektywi Tajniak i Jawniak są nadal dziwnie z angielska wyglądającymi przygłupami... Cudownie!

Obraz roi się też od tak wielu rozmaitych wątków, że w strasznie rozwodnionych obecnych fabułach starczyłoby ich pewnie na ze "dwa sezony" jakiegoś serialiska... Na szczęście trzyosobowy zespół scenarzystów trzymał się niesamowicie blisko oryginału, usuwając z niego tylko te wątki, których ze względu na długość filmu pewnie trudno było pomieścić. Warto tu zauważyć, że obraz ten stanowi ekranizację dwóch albumów z klasycznej i niedawno wydanej (wreszcie!) również w Polsce serii komiksów Herge’a – Tajemnica Jednorożca i Skarb Szkarłatnego Rackhama stworzonych oryginalnie – uwaga! – w 1943 i 1945 roku!

Ekranizacje komiksów często coś swym drukowanym pierwowzorom odbierają. Zwykle odbywa się to za sprawa obsesyjnej niekiedy dosłowności i nadętej powagi w potraktowaniu tematu "normalnymi" aktorami bądź też poprzez "konieczność dostosowania fabuły do wymogów współczesnego widza". Tutaj, zastosowana "posfilmowa" technika motion capture (animacji nakładanej na sceny grane przez aktorów), pozwoliła twórcom zachować dystans i umowność, której wielu widzom zdaje się niekiedy brakować, choćby w ostatniej odsłonie przygód rzeczonego Indiany Jonesa. Tym razem Spielberg po raz kolejny wykazał się absolutnym mistrzostwem, łącząc ducha hergé’owskiej nieco archaizującej opowieści z dobrem dostępnej obecnie technologii. Niesamowite wrażenie. I nie miałbym nic przeciwko, aby je powróżyć, np w kolejnej adaptacji...



blog comments powered by Disqus