Recenzja wydania DVD filmu "The Avengers"

Autor: Hagath

Oczywistym było, że polskie wydanie The Avengers nie będzie zawierało tyle dodatków, co wersja amerykańska. Nie mamy tak rozwiniętego rynku komiksowego i po prostu nie jesteśmy Stanami Zjednoczonymi. Niemniej, mając w pamięci na przykład ładne, dwupłytowe wydanie ostatniej części Harry’ego Pottera można czuć się nieco zawiedzionym...

Pierwsze, co zwraca uwagę, to bardzo nieforemne opakowanie płyty. Nie jest to bowiem zwykły DVD-Box, a płyta z książką w twardej okładce. Klient, który ma jakąkolwiek potrzebę wizualnego porządku na swojej półce z filmami może poczuć pewną irytację szukając odpowiedniego miejsca dla swojego nabytku wyglądającego nie lepiej niż niektóre gazetowe wydania... Sama książka też nie zachwyca. Znajdziemy tam bowiem jedynie fragmenty dialogów oraz zdjęcia z filmów Marvela związanych z The Avengers.

Pierwsze, niezbyt korzystne wrażenie znika, kiedy wkładamy płytę do napędu DVD. Odwraca od niego uwagę widowiskowe menu oraz zwiastun filmu Frankenweenie, dzięki któremu dowiadujemy się, że polskie tłumaczenie filmu zdenerwuje każdego fana Tima Burtona i że lepiej od razu sięgnąć po wersję angielską, bez polskiego dubbingu oraz nietrafionych polskich zmian w nazwach własnych. Wracając jednak do kwestii menu, jest ono zrobione nadzwyczaj profesjonalnie. Od razu zachęca do oglądania filmu, użytkownik nie ma też szansy na zgubienie się w ustawieniach. Oczy widza cieszy widok spektakularnego helicarriera S.H.I.E.L.D. oraz banerów promujących film.

Sam film opowiada o tajnej organizacji S.H.I.E.L.D., która w obliczu globalnego zagrożenia stara się stworzyć drużynę superbohaterów zdolną zapobiec światowej katastrofie. Na czele projektu stoi Nick Fury. Chce on, by ze złem walczyli Kapitan Ameryka, Iron Man, Thor, Bruce Banner / Hulk, Czarna Wdowa oraz Hawkeye – bohaterowie, których chyba nikomu nie trzeba przedstawiać.

W filmie pozytywnie zaskakuje Kapitan Ameryka. W Polsce postać ta budzi mieszane uczucia, ponieważ jego komiksy są zwykłą amerykańską propagandą i ekstrapolacją patriotyzmu mieszkańców Stanów Zjednoczonych, a nasze doświadczenia II Wojny Światowej chwilami utrudniają pozytywny odbiór tej postaci. W The Avengers Kapitan Ameryka rysuje się jako jedna z ciekawszych postaci. Po pierwsze, staje się prawdziwym dowódcą, któremu zależy na przyszłości projektu oraz obronie Ziemi. To on organizuje oraz spaja pełną przeciwieństw drużynę. Po drugie, bardzo dobrze ogląda się jego wejście w świat współczesności, o którym w ogóle nie ma pojęcia. Początkowo głównie bawi swoim “zacofaniem” i próbą pokazania, że nie jest całkowitym idiotą, lecz w końcu przekonuje do siebie widza tym, że świetnie się odnajduje we współczesności, kiedy robi to, co umie najlepiej - walczy jako żołnierz.

Jednym z najbardziej interesujących odkryć filmu jest grany przez Marka Ruffalo Bruce Banner, który w nerwowych chwilach zmienia się w niezwyciężonego Hulka. Jest to postać zabawna, a zarazem tragiczna. Widać, że naukowiec nie lubi swojego drugiego wcielenia. Z zazdrością patrzy na wręcz idealnego Kapitana Amerykę, przemienionego przez formułę, nad którą tak niefortunnie pracował Banner. Naukowiec zdaje się być przytłoczony tym, że większość traktuje go jak tykającą bombę. Jedynie Tony Stark wydaje się w niego wierzyć. Podchodzi do niego jak do zwykłego naukowca, z którym można wymienić się spostrzeżeniami i wierzy w to, że Hulk będzie w stanie pomóc superbohaterom w walce z zagrożeniem. Problemy Bannera nie przytłaczają jednak widza, gdyż jest on jedną z zabawniejszych postaci. Jego kwestie są inteligentne, a zielone wcielenie Hulka bawi przez całą główną bitwę w Los Angeles.

Iron Man i Thor zaprezentowali się na poziomie podobnym do swoich poprzednich filmów. Tony Stark nadal jest jedną z najbardziej wyrazistych postaci, zaś Thor pozostaje wybitnym, choć chwilami trochę prostolinijnym wojownikiem. Hawkeye i Czarna Wdowa również stają na wysokości zadania - ciekawie jest obserwować relacje między nimi. Miło byłoby zobaczyć, jak Marvel dotrzymuje obietnicy i za kilka lat wydaje film o tych dwóch niezwykłych agentach.

Choć początkowo w The Avengers miało być kilku antagonistów, ostatecznie wybór padł na jednego - Lokiego, brata Thora. Tom Hiddleston świetnie odnajduje się w roli boga kłamstwa. Jest groźnym przeciwnikiem, choć podległym innej, potężniejszej od niego istocie. Prezentuje się równie dobrze, a może nawet lepiej niż w Thorze, ponieważ jest bardziej zdecydowany i okrutny.

Film zachwyca swym rozmachem, widowiskowymi efektami specjalnymi oraz genialnym scenariuszem. Niestety, nie obyło się bez kilku niedociągnięć. Co wprawniejszy widz mógłby zadać reżyserowi kilka podchwytliwych pytań dotyczących niektórych rozwiązań fabularnych. Kto wie, może odpowiedziałaby na nie wersja reżyserska filmu, ale na nią trzeba będzie jeszcze poczekać. Ponadto uderza jedna ze scen w Niemczech. Loki, lekko szalony, zdecydowany zniewolić ludzkość, wybiera się do Stuttgartu i chce sobie podporządkować tamtejszych mieszkańców. Przemawia do nich idealną angielszczyzną, a buntuje się przeciwko niemu, również idealną angielszczyzną, pewien starszy pan. Przed gniewem boga owego staruszka ratuje... Kapitan Ameryka. Bardziej wymownej aluzji do niechlubnej historii Niemiec nie można było stworzyć i niestety, oglądając tę scenę nie wiadomo, czy śmiać się czy płakać...

Polskie tłumaczenie filmu jest bardzo dobre. Zachowano polot świetnych dialogów oraz nie zmieniano ich sensu. Jedyne, do czego można się przyczepić to dosłowne przetłumaczenie skrótu “S.H.I.E.L.D.” na “Tarcza”. Jest to zabieg niepotrzebny, przez który zatraca się rozwinięcie całego skrótu, które mogliśmy usłyszeć m.in. w Thorze.

Ponieważ wydanie jest jednopłytowe, nic dziwnego, iż dodatek trwa jedynie sześć minut. Są to krótkie wywiady z ekipą filmową, poruszające głównie temat planów. Twórcy The Avengers postarali się, by cała scenografia wyglądała naprawdę niesamowicie. Pierwsze minuty w laboratorium były kręcone w bazie NASA w Cleveland, co dodaje kręconym tam scenom sporo realizmu. W krótkim filmiku usłyszymy również informacje o tworzeniu helicarriera.

Wydanie DVD zadowala, ale nie zachwyca – jest na to zbyt proste i ubogie. Tak widowiskowa oraz bijąca kasowe rekordy produkcja zasługuje na więcej. Wystarczyło dodać jedną płytę, a każdy posiadacz DVD byłby zadowolony. Z obecnym wydaniem może poczuć się zawiedziony i zdenerwowany na to, że w porównaniu do posiadaczy płyt Blu-Ray został potraktowany bardzo „po macoszemu”. Sześć minut Graficznej opowieści przy znajdujących się na Blu-Ray wpadkach z planu czy niewykorzystanych scenach to tyle, co nic.


blog comments powered by Disqus