Mroczna przemiana

plakat filmu Mroczna przemiana

Mroczny rycerz to nie tylko doskonałe dzieło wzbogacone genialną rolą Heatha Ledgera, to być może zapowiedź rewolucji w podejściu do realizacji kina komercyjnego. Amerykanie wydają się być zmęczeni wizualną wirtuozerią w parze z którą nie idzie niestety żadna głębsza myśl. Dowodem na to jest nie tylko sukces najnowszej części przygód Batmana - czy trafniej: pierwszej odsłonie historii Jokera - ale także pozycja Mumii: Grobowca Cesarza Smoka. Ilość widzów, jaka zdecydowała się zobaczyć najnowszy film Nolana (suma przychodów tego obrazu na świecie wynosi już ponad osiemset milionów dolarów, przy budżecie stu osiemdziesięciu milionów) jest też oczywiście wynikiem perfekcyjnie zaplanowanej kampanii reklamowej (podobnej zresztą jak w przypadku najnowszego Indiany Jonesa - ponad siedemset osiemdziesiąt milionów dolarów przy identycznym budżecie). Trudno jest jednak uwierzyć, że kampania mogła tu mieć znaczenie decydujące, zwłaszcza w skali ogólnoświatowej.

Co więc zadecydowało o tak ogromnym sukcesie? W mojej opinii kończył się dla kina rozrywkowego „okres odgrzewanych kotletów”; filmów odrysowywanych od jednego modelu i podawanych w mega- reklamie jako nowość. Być może widz zaczął się w kinie nudzić.

To, co wyróżnia Mrocznego rycerza na tle poprzednich filmów o Batmanie, to relacja między obrazem kinowym a fundamentem literackim. Nolan traktuje komiks o Człowieku-nietoperzu jako punkt wyjścia; źródło postaci - symboli, którymi następnie zaczyna swobodnie rozporządzać. Łamie tym samym konwencję już na samym początku, bo oto główny jego bohater, przestaje być peryfrazą absolutnego dobra. Staje się człowiekiem z krwi i kości, postacią rozchwianą przez niepewność, osobą do zastąpienia i przede wszystkim przepełnioną strachem. Strachem już nie tylko o innych, ale także o siebie. Batman komiksowy rodził się z chęci zemsty, działał natomiast z potrzeby niszczenia zła (nie z potrzeby czynienia dobra). Batman z obrazu Nolana nie wyparł się zemsty, jako motoru napędzającego jego działanie, co zmienia go z bohatera w nocnego desperados.

Zabieg zdemitologizowania dobrze znanego bohatera nie jest zresztą autorskim pomysłem Nolana. Wystarczy przypomnieć sobie ostatni odcinek serii o Bondzie, by bez problemu zauważyć podobieństwa. A jeżeli spojrzymy do tego, na klęski takich obrazów jak Fantastyczna czwórka, czy najnowszy Superman Bryana Singera, łatwo można potwierdzić słuszność ewolucji bohaterów.

Inną sprawą jest pogłębienie wymowy obrazu. Mroczny rycerz jest oczywiście nadal kinem czysto komercyjnym, powstałym w Fabryce snów z myślą o jak największej ilości widzów. Zmieniło się jednak podejście do widza. Takie kino nie stara się już karmić wyścigiem wizualnych eksplozji, ale pogłębia psychologizm; stara się opowiadać o czymś za pomocą historii, a nie jedynie opowiadać, czy nawet przestawiać historię. Mroczny rycerz to obraz głęboki i momentami analityczny. Przebija się tu między ujęciami niepokój narastającą agresją, a jeżeli dodać, że ta agresja jak lalki potrafi traktować bogu ducha winnych ludzi, łatwo zauważyć tu cień obawy przed terroryzmem. To jednak nie wszystko, bo Mroczny rycerz jest przecież dyskusją o współistnieniu dobra i zła, o pierwotności jednego z nich. Przy tak wyznaczonym kierunku konwersacji z widzem nie mogło więc zabraknąć postaci Harvey’a Denta - białego rycerza, postaci absolutnie dobrej i jednocześnie upadku tej postaci. Natomiast dialog Jokera z Batmanem jest bez wątpienia sceną historyczną dla tego gatunku.

Zupełnie inną strona jest tu konstrukcja fabuły obrazu - kolejne złamanie konwencji - przesuwająca na pierwszy plan postać Jokera. Dzięki temu Batman Nolana nie jest filmem o walce dobra ze złem, ale o próbie zwalczenia dobra przez zło absolutne. Na tym też chyba polega geniusz roli Ledgera, który nie odgrywał ani pełnej postaci komiksowej, ani chorego psychicznie człowieka. Ledger wciela się bowiem w anty-wartość, personifikuje chaos; nie istnieje po to by burzyć porządek, ale po to by budować swój piekielny ład. Obserwując postać Jokera, który jest dla obrazu Nolana fundamentalna, widzimy postać bez historii, bez początku (a właściwie z początkiem na dana okazję), bez reguł i planu działania. I wreszcie: bez jakiejkolwiek przyczyny działania. Joker zabija i niszczy bez powodu, bo uosabia zło absolutne. A takie zło, choć wobec dobra biegunowe, łączy się z nim w tym jednym momencie.

Nolan nie poradził sobie jedynie w jednym aspekcie. Aby opowiedzieć tak skomplikowana historię, musiał wprowadzić do fabuły odpowiednio dużą ilość wątków. I tutaj pojawił się problem bo film kinowy i tak trwa około dwóch i pół godziny, a widać momenty ogromnych elips i cięć montażowych. Wymusiło to ogromną kondensację wprowadzenia, które wydaje się być szkolną ściągą w wydarzeń. Ogromnie przyspiesza to akcję i wprowadza pewien zamęt. Podobny problem jest też przy zakończeniu, które, nie dość, że jest podwójne, ale odwleka się w czasie, mocno osłabiając dramatyzm. Tym niemniej film ogląda się z zainteresowaniem, potwierdza jedynie wysoką sprawność warsztatową Nolana.

A jaki jest stosunek Mrocznego rycerza do nowej Mumii? Cóż, dość wymowny. Grobowiec Cesarza Smoka jest kinem powtarzalnym, podobnym do poprzednich odsłon i nadprzeciętnie idiotycznym. Brendan Fraser, który uratował nas już przed mumią kapłana Imhptepa (i to dwukrotnie), jakimś cudem ratuje nas teraz przed całą Armią Terakotową i jak tylko skończy podróżować do wnętrza ziemi to albo się przebranżowi, albo zostanie mu do pokonania jedynie Michael Jackson. Wynik jest taki, że film, który kosztował sto czterdzieści pięć milionów dolarów, w stanach zarobił niecałe dziewięćdziesiąt, a łącznie około trzystu. No ale odgrzewać jeden kotlet od 1932 roku to już chyba przesada.

Podyskutuj o tym filmie na forum!


blog comments powered by Disqus