Cierpienie herosa - recenzja filmu "Mroczny Rycerz powstaje"

Ostatnia część każdej filmowej trylogii powinna być widowiskiem jeszcze bardziej spektakularnym, dramatycznym, przepełnionym bólem, cierpieniem, a zarazem nadzieją na lepsze jutro. Wszystkiego musi być więcej – wybuchów, śmierci, przejmujących scen oraz zaskakujących twistów. Czy zasada ta sprawdza się w przypadku Mrocznego Rycerza, który powstaje?

Podobnie, jak we wcześniejszym filmie już w pierwszej scenie, spotykamy głównego antagonistę Mrocznego Rycerza. Sekwencje powietrznego przejmowania wybitnego uczonego, wprost wbijają w fotel i są przesłanką na wzorcowo zmontowany spektakl. Jest to również preludium do późniejszego terroru, którego głównym nośnikiem jest bezlitosny Bane. W następnej scenie okazuje się, że minęło już osiem lat od wydarzeń rozgrywających się w Mrocznym Rycerzu, w Gotham panuje względny spokój, Batman od lat się nie pokazuje, a Bruce Wayne ukrywa się w swojej posiadłości, wyglądając przy tym, niczym dogorywający staruszek. Wszystko zmienia się, gdy jego włości nawiedza atrakcyjna złodziejka.

Sporym odkryciem najnowszego filmu twórcy Prestiżu jest właśnie kreacja nieobliczalnego anarchisty Bane’a. Tom Hardy, którego talent aktorski mogliśmy podziwiać, m.in. w Wojowniku, czy również nolanowskiej Incepcji, brawurowo poradził sobie z rolą muskularnego arcyłotra. Nowy Bane, nie powiększa masy mięśniowej poprzez zaaplikowanie do krwiobiegu specjalnego jadu, a jego rewolta i głęboka chęć szerzenia chaosu, nie ustępują komiksowemu pierwowzorowi (pamiętna seria Knightfall, wydawana w Polsce w latach dziewięćdziesiątych przez Tm-Semic). Zguba to burzyciel panujących norm i zasad społecznych, który wymierza sprawiedliwość w imię chorych, iście barbarzyńskich ideałów. Nie spocznie przed niczym, by dowieść swych racji. Ta też cecha zrównuje go ze sztandarowym przeciwnikiem Batmana (psychopatycznym Jokerem), a porównanie roli Hardy’ego do kreacji Heatha Ledgera jest w tym przypadku nieuniknione. Tom Hardy z wiadomych powodów nie mógł wyrażać emocji swą twarzą, którą nieustannie okrywa maska, ale za to jego zimny, metaliczny głos powoduje ciarki na ciele i pasuje do tej bezdusznej bestii. Czyżby narodził się Lord Vader dwudziestego pierwszego wieku? Szkoda tylko, iż z każdą kolejną sceną blask Bane’a gaśnie, a jego ostatnie pojawienie się na ekranie, nieco zepsuje całościowy odbiór, bądź co bądź, bardzo dobrze skonstruowanej postaci.

Ponownie objawiają się profetyczne zdolności wiernego lokaja Alfreda. Michael Caine w mistrzowski sposób gra na emocjach widza, a jego rola jest o wiele bardziej tragiczna, niż większość z tych, które w życiu zagrał. Łezka nieraz w oku się zbiera, gdy obserwuje się jego wzruszającą grę. Katorżnicze próby przekonania Bruce’a Wayne’a o porzuceniu nocnego wcielenia i ustatkowaniu się, doprowadzą do niespodziewanej sytuacji. Czy zatroskany multimiliarder, usłucha rad swego oddanego przyjaciela?

Z pozostałych postaci na słowa uznania zasługuje Anne Hathaway, która gra wykwintną złodziejkę Selinę Kyle, alias Kobieta Kot. Zapewne wielu wiernych fanów Batmana zgodzi się ze mną, że Anna jest równie seksowna, nieobliczalna i drapieżna, niczym fenomenalna Michelle Pfeiffer z Powrotu Batmana (1992 rok). Gracja z jaką się porusza, wygimnastykowane, kocie ruchy oraz uwodzicielskość stawiają ją wysoko w piramidzie "Najbardziej interesujących aktorek w komiksowych ekranizacjach". Gary Oldman, Morgan Freeman, czy wspomniany już Michael Caine to doświadczeni wyjadacze, którzy swymi rolami potwierdzają doskonały warsztat aktorski. Szkoda tylko, iż postać młodego Johna Blake’a (Joseph Gordon-Levit) jest tak praworządna i (niestety) bezbarwna. Zwłaszcza, że Nolan poświęcił młodemu funkcjonariuszowi policji dosyć sporo miejsca.

Można narzekać na zbytni patos filmu, futurystyczne pojazdy (z nowości odrzutowiec w klimatach serii Transformers Baya), mielizny fabularne, zbytnie moralizatorstwo i istny kult jednostki mogącej przezwyciężyć najtrudniejszą przeszkodę. Niestety, nie przekonuje sceneria ostatecznego pojedynku między Mrocznym Rycerzem a Banem. Finalne starcie całej trylogii zasługuje na o wiele lepszą, a co za tym idzie efektowniejszą, oprawę. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że Nolan trzyma się wymyślonej konwencji. W końcu nie pozbywa się "kury znoszącej złote jaja", a jak widać po dochodach z filmu, widzowie pokochali nowe przygody Człowieka Nietoperza.

Na koniec, warto się zastanowić, ile w rzeczywistości jest Batmana w Batmanie? Gdyby tak wyliczyć minuty, podczas których pojawia się on na ekranie, to pewnie nie wyszłoby tego więcej, niż pół godziny. Stosunkowo za często jesteśmy naocznymi świadkami, kolejnych upadków oraz desperackich posunięć Wayne’a. Rozumiem, iż Hollywood uwielbia tworzyć postacie na kanwie Jezusa, ale w tym przypadku to gruba przesada. Widzowie oczekują Mrocznego Rycerza, jego pojedynków z masą przestępców, czy przemykającej po dachach sylwetki, a nie kolejnych wywodów cierpiącego człeczyny. Mamy przecież do czynienia w głównej mierze z kinem rozrywkowym, a nie artystycznym.

Kiedy już opadną emocje po tragedii jaka wydarzyła się w Denver, ostatni widzowie ujrzą recenzowaną pozycję, a Warner Bros. podliczy zyski (czyżby po raz kolejny została przekroczona magiczna granica miliarda dolarów?), przyjdzie czas na zastanowienie się co dalej. W Internecie można przeczytać mnóstwo niezrealizowanych scenariuszy, miłośnicy komiksowej wersji popularnego Człowieka Nietoperza będą apelować o zekranizowanie ich ulubionych albumów (głosuję na Powrót Mrocznego Rycerza Franka Millera), a wielbiciele filmów snuć pomysły na reżysera, który pociągnie serię twórcy Incepcji na nową (może bardziej mroczną) ścieżkę. Jedno jest pewne, że gloria Batmana nie zniknie przez kolejne lata, ponieważ zamaskowany heros stał się istną popkulturową marką, globalnym symbolem na miarę Coca-Coli, czy Myszki Miki. I w tym tkwi jego prawdziwa siła!

Ocena: 7/10

Podyskutuj o tym filmie na forum!


blog comments powered by Disqus