Samoobalanie idola

plakat filmu Samoobalanie idola

Krzysztof Kłopotowski, w jednym ze swoich felietonów, słusznie zauważył, że Martin Scorsese tworzył filmy najdoskonalsze, kiedy w sposób bardzo osobisty, traktowały one o środowisku włoskich emigrantów i religii. I trudno się w tym miejscu z nim nie zgodzić, bo począwszy od Kto puka do moich drzwi, poprzez Ulice nędzy, Taksówkarza, czy bardziej metafizyczne Ostatnie kuszenie Chrystusa i Kundun, reżyser, w sposób niezwykle mocny stawiał widzom pytania i w sposób niezwykle trafny, przedstawiał na ekranie swoją odpowiedź. Kino Martina Scorsese wyrobiło sobie niepowtarzalną i łatwo rozpoznawalną markę, a sam reżyser stał się niemal ikoną. Mając w pamięci wielkość jego osoby i wkład w historie kina, nowsze produkcje Scorsese oglądało się z żalem i tęsknotą. Infiltrację natomiast ogląda się z zażenowaniem i złością.

Uwidocznione w filmach podejście amerykańskiego reżysera, przypomina mi nieco sytuację kina polskiego, gdzie wielcy i uznani baronowie dużego ekranu, kręcą gniota za gniotem, z których każdy jest o stopień bliżej śmietnika, a w produkcji wspiera ich już tylko nazwisko. W przypadku Scorsese, jego najnowszemu filmowi nie pomaga nawet wielkość nazwiska reżysera.

Infiltracja to remake powstałej w 2002 roku produkcji kina azjatyckiego o tytule Piekielna gra (Hong Kong). Andrew Lau i Alan Mak opowiadali historię Yan’a i Minga, z których jeden był policyjną wtyką w szeregach mafii, drugi natomiast przenikną w szeregi policji i przekazuje informacje swoim mafijnym zwierzchnikom. Pewnego pięknego dnia, podczas rutynowej akcji, obydwie strony orientują się o wzajemnej infiltracji i rozpoczynają wewnętrzne tropienie szpiegów.

W warstwie fabularnej wersji amerykańskiej zmienia się nie wiele - Wiliam Monahan (autor scenariusza), przenosi akcję na ulice Bostonu, a wroga policji mafia zastąpiona zostaje przez gang Amerykanów pochodzenia irlandzkiego. Reszta toczy się po staremu. Młody agent policji, Billy Costigan (Leonardo DiCaprio) otrzymuje rozkaz przeniknięcia do struktur mafijnych, którymi rządzi Frank Costello (Jack Nicholson), podczas gdy Colin Sullivan (Matt Damon), już jako kadet Akademii Policyjnej pełnił rolę mafijnego informatora i zostaje awansowany na stanowisko dowódcze w Wydziale Spraw Wewnętrznych. Tyle tylko, że opowiadana historia, chociaż oparta na pomyśle o dużym potencjale, całkowicie się reżyserowi rozlatuje.

Scorsese nie pokazał nam nawet odrobiny swoich możliwości - czas do zawiązania akcji i intrygi, która w kinie sensacyjnym stanowią przecież podstawę, jest tak wydłużony, że nim to się stanie, widz zdąży się już kilka razy zgubić. Słabo wypada też konstrukcja bohaterów Infiltracji; nie ma w nich siły i bezwzględności, nie ma nawet jasnej motywacji. Dodając, że jedynie Leonardo DiCaprio zaprezentował tu sensowny poziom aktorski, a reszta sławnych i podziwianych nazwisk wypada nieciekawie, pozostaje tylko współczuć reżyserowi. Zresztą największą kompromitacją filmu jest rola Matta Damona, który w technice marmurowej twarzy przebił nawet Bustera Keatona - z tą tylko różnicą, że słynny komik bezemocyjność swojej mimiki stosował celowo i bawił widzów, a Damon stosuje ją bo jest słabym aktorem i inaczej po prostu nie umie.

Niestety, na tym nie koniec. Scorsese nie ma dla nas litości i budując całą zawartą w filmie intrygę, wyraźnie stara się widza doprowadzić do frustracji. Plącząc kolejne wątki i zdarzenia robi to tak nieudolnie, że film najlepiej ogląda się grupowo, bo w pojedynkę nie sposób się połapać w zbyt przemieszanej i niespójnej fabule. Do tego Infiltracja, po pierwszych 90 minutach zaczyna się potwornie dłużyć i nieprzyjemnie denerwować. I jakby tego było mało, dostajemy jeszcze finał - scenę tak nieprawdopodobną i oderwaną od fabuły, że pozostaje nam wybuchnąć śmiechem. Nie znając pierwowzoru scenariusza ciężko mi jednoznacznie określić powód tak pomylonego finału, może on być przecież założeniem pierwotnym filmu. Pewne jest jednak, że sposób wprowadzenia go w fabułę jest tak nietrafiony, że z kina wychodzimy mocno zbici z tropu, nie bardzo rozumiejąc co tak naprawdę się stało.

Gdy przyjrzymy się dokładnie dorobkowi filmowemu Martina Scorsese, bez problemów zauważyć możemy co stanowiło o sile jego dzieł. Przede wszystkim myślę tu o bliskości poruszanych problemów - znajomość opisywanego środowiska, historie i zdarzenia oglądane z okna rodzinnego domu, dylematy i problemy najbliższego otoczenia. Dzięki temu filmy Scorsese nabierały charakteru dzieł bardzo osobistych, a dla nas niezwykle prawdziwych. Infiltracja pokazuje nam jak omawiany temat niewiele znaczy dla samego twórcy; reżyser nie jest ty już na swoim terenie. Wynikiem tego zrodziło się dzieło słabe i beznamiętne, w którym nawet sposób realizacji nie wywołuje w nas skojarzenia z nazwiskiem twórcy. Dobre warsztatowo zdjęcia, nikną w chaotycznym sposobie montażu; ciekawa muzyka przestaje być słyszalna, kiedy skupieni staramy się połączyć ogromną ilość dynamicznych wątków w zwartą opowieść. Film się mocno rozwarstwia - w połowie gubimy się nawet w tym kto jest tu głównym bohaterem. Scorsese powinien się mocno zastanowić czy naprawdę chce jeszcze robić filmy, bo jeżeli mają one prezentować poziom Infiltracji, dobrą refleksją byłoby: czy warto? Coż, idoli i tak pamiętamy przecież za ich największe sukcesy. Martin Scorsese może się więc czuć nietykalny.


blog comments powered by Disqus