The Host: Żongler

plakat filmu The Host: Żongler

Swoją wymową i fantastycznonaukowym podłożem The Host zbliża się najmocniej do amerykańskiej Wojny światów. Jest to zresztą chyba najbardziej amerykański obraz wyprodukowany w Korei. Film miesza konwencje: wychodząc od klasycznych, azjatyckich monster movies, zmierza powoli w stronę głębokiego dramatu rodzinno-społecznego. Zanim jednak stanie się całkiem poważnie, zobaczymy całą lawinę dynamicznych scen akcji, prześmiewczych dialogów i sekwencji doprawionych sprawnymi efektami specjalnymi. Całość kompozycyjna filmu wygląda jak mocno udoskonalony odcinek Z archiwum X - tytuł obrazu Joon-ho Bonga jest zresztą zapożyczeniem z serii przygód o agentach FBI na tropie dziwnych zdarzeń. Najistotniejsze jest jednak to, jak doskonale budowana jest w filmie jego wielowarstwowość.

Reżyser zaczyna groteskową i do łez rozbawiającą sceną z laboratorium w amerykańskiej bazie wojskowej, gdzie despotyczny i pedantyczny profesor nakazuje współpracownikowi pozbyć się toksycznych chemikaliów, spławiając je kanałami do rzeki. Przezabawny jest tutaj powód jego decyzji, ale nie będę zdradzał znakomitego żartu. W każdym razie toksyny do rzeki spłynęły, a pod ich wpływem wykształcił się w wodzie nowy gatunek miejscowej fauny. Po kilku latach ten jakże ciekawy cud natury (czy może raczej kultury) zaatakuje seulską plażę i, siejąc popłoch wśród mieszkańców miasta, rozpocznie ich eksterminację.

Sam potwór nie stanowi tu jednak wątku najważniejszego - jest raczej ogniwem napędowym całej historii. The Host to obraz relacji międzyludzkich - zarówno tych, które zachodzą w rodzinie dotkniętej tragedią, jak i tych, które łączą jednostkę ze społeczeństwem. Fabuła skupia się tutaj wokół małej dziewczynki porwanej przez rzeczne monstrum podczas pierwszego ataku. Dziewczynka przeżyła, chociaż społeczeństwo uśmierciło ją z chwilą zniknięcia, a rodzina w demonstracyjny sposób opłakała. Scena żałobna jest zresztą bodaj najsilniejszą ironią, jaką zafundował reżyser swojej własnej kulturze. Jakimś cudem małej Hie-bong Byeon udaje się jednak zadzwonić do ojca, który, wraz z rodzeństwem i dziadkiem dziewczynki, rusza natychmiast z odsieczą. Finał będzie dramatyczny, choć i niepozbawiony nadziei.

Największym sukcesem koreańskiego reżysera jest znakomita gra intelektualna, jaką przez cały czas prowadzi z widzem swojego obrazu. The Host przekracza bowiem wszelkie konwencje i gatunki, miesza je w sobie i dowolnie nimi żongluje. Nie łatwo jest tak prowadzić narrację, żeby przeplatając skrajnie ironiczny komizm z głębokim dramatem, nie wprowadzając przy tym widza w kompletnej dezorientację. Joon-ho Bong broni się tutaj w każdym niemal momencie. Gorzej jest z utrzymaniem samej akcji filmu. The Host zaczyna być pod koniec odrobinę nielogiczny i za wolny w porównaniu z początkiem. Nie obniża to jednak znaczenia i wartości obrazu. Joon-ho Bong nakręcił bowiem najciekawsze kino konwencji, jakie miałem ostatnio okazję oglądać. I do tego ta społeczno-polityczna ironia. Doskonały obraz, którego nie wolno przegapić.


blog comments powered by Disqus