Iluzje starej Pragi - o realizacji "Iluzjonisty"

plakat filmu Iluzje starej Pragi - o realizacji "Iluzjonisty"

Świat Iluzjonisty, to Wiedeń przełomu XIX i XX wieku. By go odtworzyć filmowcy wykorzystali plenery i zabytki Pragi. Zdjęcia rozpoczęto w marcu 2005. - Praga jest idealnym zastępstwem Wiednia w roku 1900. Większość ulic nadal wybrukowana jest kocimi łbami,  ozdobiona lampami naftowymi. Plenery w mieście i jego okolicach są niesamowite. Na przykład mogliśmy wykorzystać zamek arcyksięcia Ferdynarda jako dom myśliwski Księcia Leopolda. Ferdynand miał obsesję na punkcie polowania. Zastrzelił blisko 15 tysięcy zwierząt, a postać którą wymyślilem, miała ten sam instynkt władcy, który ma prawo do wszystkiego. Jego zamek jest obwieszony trofeami ubitych zwierząt. Gdzie nie spojrzysz wypchany łeb. Niewiarygodnie dziwne, zasobne miejsce. Sami byśmy lepszego nie wymyślili. (Filmowcy mieli również cudowne szczęście znaleźć dwa teatry, które mogli wykorzystać do zdjęć – jeden w Pradze, drugi  w pobliskim miasteczku Tabor.) - zauważa Yari. - Kręcenie zdjęć w Pradze było sporym wyzwaniem, ale na pewno wartym zachodu. Człowiek jest tam otoczony, w dosłownym znaczeniu tego słowa – przez całe wieki europejskiej historii. Starannie wybierając plenery i lokacje byliśmy w stanie uzyskać idealny efekt scenerii przełomu wieków.  Praga to miasto, w którym człowiek czuje się jak w bajce, ale ma się wrażenie, że pod powierzchnią czai się coś mrocznego, niesamowitego, co sprawia, że wszystko wydaje się jeszcze bardziej intrygujące. Jak z naszym "Iluzjonistą" – nic nie jest tym, na co z pozoru wygląda.

Sceneria Pragi to idealne odzwierciedlenie psychologicznego nastroju filmu, jaki Berger pragnął wytworzyć. - Chciałem, żeby "Iluzjonista" wyglądał prawie tak, jak te pierwsze, filmowane kamerą, ręcznie kręconą na korbkę. Nie, że naprawdę byśmy tak kręcili.. … choć był taki moment, że to rozważałem. Nie chodziło mi o stylizację na film sprzed stu lat, a o uzyskanie wrażenia, że jest to świat wyjęty spod praw racjonalnych, włożony w przestrzeń tajemnicy. Wszystko, co widzsz, jest prawdziwe i rozpoznawalne, ale w jakiś sposób przesadzone. Chciałem uzyskać wrażenie złowieszczego piękna – śliczne na powierzchni, ale z niepokojącym,  podtekstem.

Innym sposobem uzyskania efektu takiej atmosfery filmu była fotografia wczesnego koloru, uzyskiwana w procesie autochromowym. Wynalezione to zostało przez braci Lumiere, którzy pod koniec XIX wieku  byli jednymi z głownych twórców wszelkich efektów specjalnych w filmie i fotografii. Zresztą sami byli magikami! Autochromy maja zupełnie inne rodzaje kolorów i inną paletę kontrastu. Niektórzy myślą że te filmy są ręcznie malowane, ale to nie prawda. To kolory zawarte w fotografii, ale czarny i biały wyglądają inaczej. Pokazałem te referencje kolorystyczne reżyserowi zdjęć, Dickowi Pope i razem przełożyliśmy to na konkretny wygląd tej historii. - kontynuuje Neil Berger.

Fotografia autochromowa kwitła w latach 1903-1930, a jej unikalność polega na tym, że każdy autochrom to pojedyńcza odbitka, nie posiadająca negatywu. Każda klatka jest łapana na specjalnie przygotowanej szklanej płytce pokrytej cienką warstwą pokolorowanych ziaren skrobii, (kolor czerwony, zielony, niebieski), co potem pokrywane jest warstwą czarnego, by wypełnić przestrzeń pomiędzy ziarnami. Na koniec pokrywane to jest srebrną, galaretowatą emulsją. Kiedy płytka jest wystawiona na światło, ekran kolorów staje się filtrem i nadaje obrazowi delikatne kolory.

Wielokrotnie nagradzany operator, Dick Pope (Topsy-Turvy, Nicholas Nickleby, Vera Drake) opowiada o pokazanej mu przez Burgera książce, która zawierała kolorowe fotografie z początku XX wieku. Neil nosił tę książkę przy sobie od jakiegoś czasu, i z niej nauczył się zasad procesu autochromowego. Książka zawierała piękne fotografie. a Neil pragnął, by jego "Iluzjonista" wyglądał dokładnie tak.

Atmosfera filmu, jaką próbował uzyskać Burger specyficznym sposobem kręcenia zdjęć, musiała być również podkreślona kostiumami i makijażem aktorów. - Często fotografia może być tylko tak piękna, jak piękny jest obiekt, na którego kierujesz obiektyw. Obraz, jakiego szukaliśmy, zależał od bardzo konkretnej, dokładnie przestrzeganej palety kolorów, głownie odcieni złota i zieleni, które współgrały z naszym specyficznym sposobem oświetlenia. Projektanci kostiumów musieli to uwzględnić. - mówi Burger.

Nagrodzona już w swoim dorobku Oscarem (Władca Pierścieni. Powrot Króla) projektantka kostimów do Iluzjonisty Ngila Dickson, przyznaje, że kiedy usłyszała o autochromach ogarnęła ją panika: Przeraziłam się, bo wiedziałam, że zawsze, gdy zaczyna się film bez pewności, jaki ma być efekt końcowy, może się okazać, że paleta kolorów, w jakiej zaprojaktowało się kostiumy, jest zupełnie niewłaściwa. Ale odbyliśmy długą rozmowę z Dickiem i Neilem, i uzgodniliśmy, że wybierzemy od bardzo jasnych, po barwy bardzo nasycone, które i tak będą potem rozjaśnione.

Neil Burger: Ngila jest niewiarygodna. Wiedziała, że ja chce oddać sprawiedliwość Wiedniowi przełomu wieków, ale nie zamierzam być jego niewolnikiem. ILUZJONISTA nie jest filmem ani o samym Wiedniu, ani o roku 1900. To film o wielkiej tajemnicy i magicznych przeżyciach . Ngila to dokładnie zrozumiała i nadała temu dodatkowej głębi. Wykonałem wiele pracy badawczej przygotowując się do kręcenia filmu, ale potem ona dodała swoją wiedzę i doświadczenie, dzięki czemu cały proces stał się niezwykle kreatywny i przyjemny.

Oprócz aktorów, iluzjonista potrzebował setek statystów ubranych tak, jak ubierano się 100 lat temu, na ulicach Wiednia, do scen na ulicach i w teatrach. Wszyscy byli ubrani w sposób naprawdę genialny, bo zgodnie z prawdą historyczną, a jednocześnie, co było osobistym wkładem pracy i talentu Ngili, wyglądali unikalnie, charakterystycznie tylko dla tego filmu. – dodaje Burger.

Wizażystka, Julie Pearce, również odegrała ogromną rolę w kreowaniu atmosfery filmu. Przeczytałam scenariusz co najmniej trzy razy, by poczuć, jak powinni wyglądać jego bohaterowie. Dużo studiowałam w oparciu o swoje źródła, oraz korzystałam z informacji, które zebrali Neil i Ngila. Ważną cechą Wiednia roku 1900 była owłosienie męskich twarzy. Nie miałam innego wyjscia, jak przywieźć z Ameryki blisko 300 egzemplarzy sztucznych wąsów i bród. Twarze pań utrzymaliśmy w tonie bardzo delikatnym, bo w tamtych czasach nie było jeszcze tradycyjnego makijażu. Chciałam, by Sophie miała wygląd porcelanowej lalki. Czyli minimalny makijaż, tylko delikatne uwydatnienie oczu i ust. W romantycznych scenach z Eisenheimem, jej wygląd będzie trochę zmieniony, żeby uwydatnić kobiecą zmysłowość. – mówi Pearce.

"Iluzjonista" to mroczna, skomplikowana opowiastka - wyjaśnia projektantka kostiumów Ngila Dickson. - Jestem wielbicielką Edwarda Nortona i Paula Giamatti, więc w podświadomości zakodowane już miałam twarze głównych bohaterów, dzięki czemu łatwiej było mi wyobrazić sobie, czego im potrzeba. Rok 1900 to bardzo pokręcony czas historyczny – z jednej strony surowe, niemal militarne społeczeństwo, a w tym prawie współczesna mentalność bohemy. Jednym słowem delikatna wojna idei.

Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam, było zapoznanie się z jak największą ilością opracowań dotyczących rodziny królewskiej Franciszka Józefa i zrozumienie ówczesnych, tak bardzo sztywnych, zasad społecznych. Postać grana przez Rufusa, (Książę Leopold,) to postać klasyczna (styl wojskowy), choć był przecież współczesnym myślicielem. To jedna z rzeczy, która zafascynowała mnie w tym okresie historycznym – ludzie uwięzieni w bardzo surowym świecie, jednocześnie próbujący go zmienić. Czułam, że w pewnych aspektach, Sophe i Leopold byli dokładnie tacy sami. Przecież oboje chcieli coś zmienić – ona pragnie zmienić swoje życie, a on chce zmienić społeczeństwo. Sophie wolałaby zadawać się z myślicielami, artystami i pisarzami swej epoki, niż z arystokracją, z której sama się wywodzi. Zawsze czułam, że ona odrzuca świat, który przecież jest częścią jej rodziny, tradycji i historii. Eisenheim jest kluczem, który umożliwia jej wydostanie się z tego świata - opowiada Dickson.

Dickson długo rozmawiała z Nortonem, zanim zdecydowała się na finalizację projektu kostiumu iluzjonisty. Obojgu nam zależało na tym, by ubranie Eisenheima określało jego charakter. Nie chcieliśmy typowego kostiumu magika, z czarnym, wysokim cylindrem i szeleszczącym, atłasowym płaszczem. Dla mnie on był bardziej wynalazcą i artystą, niż kuglarzem, i oboje wiedzieliśmy, że jego postać będzie najbardziej wiarygodna wtedy, jak będzie ubrana z umiarem. Jakby w ogóle nie był zainteresowany ubraniami.

Ten sam sposób rozumowania plus długie dyskusje towarzyszyły w ustaleniu wyglądu twarzy Nortona. (aktor i artystka wizażu, Julie Pearce spotkali się ze sobą już wcześniej, przy pracy nad Podziemnym Kręgiem). - Edward miał bardzo konkretny pomysł, który jeszcze trochę rozwinęliśmy podczas prób z makijażem, żeby wyglądał trochę bardziej na tamte czasy - tłumaczy Pearce. - Wiedział, że chce mieć ciemniejsze włosy, niż jego własne, z czarną, kozią bródką. Ponieważ nie chcieliśmy, by wyglądał zbyt współcześnie, dodaliśmy mu włosów na głowie, i wypełniliśmy brodę po same usta. Na początku filmu wygląda zdrowo i dorodnie. W trakcie rozwoju historii widzimy ile kosztują go emocje.

Kostiumy, to jak najbardziej naturalne tkaniny, oraz ogromna ilość koronki. Mam awersję do wszystkiego, co sztuczne  - śmieje się Ngila – oraz fioła na punkcie tkanin i ich warstw. Razem z Jessicą zaczęłyśmy rozmiękczać surowość jej kostiumów od chwili, gdy grana przez nią postać spotyka Eisenheima. Biorąc pod uwagę zasady jej wychowania, zaczyna wtedy robić rzeczy bliskie anarchii. Więc i zaczyna się ubierać dużo swobodniej. Na przykład rozpina kołnierzyk, co przed spotkaniem iluzjonisty było nie do pomyślenia. Eisenheim bardziej interesuje się teorią iluzji, niż jej pozorami, dlatego jego ubranie jest bardzo proste. Nie ma w nim żadnej ekstrawagancji, dzieki czemu jego sztuczki wydają się jeszcze bardziej zaskakujące i interesujące. Na pewno ten facet nie założy na siebie czerwonego, błyszczącego płaszcza.

Ngila Dickson osobiście wykańczała kostiumy dla Jessicki Biel, tak, by każdy oddawał nastrój epoki. - Moje ubrania były wspaniałe - mówi Jessica. Każde z nich było oszałamiające. Czułam się w nich, jak księżniczka. Jedynym minusem było to, że codziennie musiałam nosić gorset. Ale muszę przyznać, że choć jest to potwornie niewygodna rzecz, to człowiek czuję się w tym bardzo sexy. Nie można jeść, ani oddychać, ale to niewielka cena, za tak dobre samopoczucie.


blog comments powered by Disqus