Podróż do nudnego liryzmu

plakat filmu Podróż do nudnego liryzmu

Terence Malick, pomimo niewielkiego dorobku filmowego, zdążył nas chyba przyzwyczaić do swojej, specyficznej koncepcji kina. Liryzm obrazów, liczne metafory i metonimie, zwolnienia akcji - wszystko to, połączone z hollywoodzkim rozmachem, stanowiło o sukcesie jego produkcji i pewnej formie charakterystycznej dla nich świeżości. Podróż do Nowej Ziemi, zasadniczo nie odbiega od przyjętej koncepcji realizacyjnej, z tą różnicą, że wyraźnie się nią przesyca. Efekt, jest więc nudny i nieprzyjemnie męczący.

Bazą scenariuszową dla filmu jest legenda o miłości indiańskiej księżniczki Pocahontas do kapitana angielskiej floty Johna Smitha. Mamy więc znaną i filmowaną już historię, analizującą relację kolonizatorów i rdzennych mieszkańców Ameryki północnej, zderzenie dwóch odmiennych kultur i opowieść o miłości, która stanowić miała trzon fabularny. Błąd Malicka objawia się już na początku filmu. Otóż wielką epicką historię, postanowił on przedstawić w sposób niezwykle liryczny. Struktura narracji oparta jest tu na obrazie, wspomaganym niekiedy, przez wygłaszane zza kadru, opisy przeżyć wewnętrznych trójki głównych bohaterów. Do tego Podróż do Nowej Ziemi prawie całkowicie pozbawiona jest dialogów, co jeszcze dodatkowo wpływa na zwolnienie opowieści i nadaje jej charakter silnie kontemplacyjny. Problem w tym, że w prezentowanej nam historii nie bardzo jest co kontemplować, a tempo narracji po 30 minutach zaczyna być już męczące. Przepełnienie czasowymi elipsami sprawia, że fabuła mocno się rozkleja i ulega fragmentaryzacji. Podróż do Nowej Ziemi bardziej przypomina 150- minutowy trailer filmu, niż sam film. Gubimy się w czasie trwania oglądanych wydarzeń, plączemy w ich kolejności i powodach.

Strona realizacyjna filmu Malicka, też nie wypada najlepiej, zwłaszcza, kiedy przywołamy jego poprzednie produkcje. Hollywoodzki rozmach wydaje się gdzieś znikać, wszystko pozostawia jakiś dziwny niedosyt. Wioska Indian, w której sam wódz ma setkę dzieci przypomina obóz harcerski, żaglowce floty angielskiej mają taki rozmiar, że załoga powyżej dwudziestu osób niebezpiecznie zwiększy zanurzenie. Nic w scenografii nie oddaje ducha epoki kolonizacyjnej, a rozmach jej tworzenia bardziej przypomina teatr telewizji niż superprodukcje rodem z Hollywood. Ten minimalizm produkcyjny stanowi zarzut o tyle ważny, że nie pozwala uruchomić naszej wyobraźni; film nie przenosi nas w epokę, o której opowiada, nie pozwala czuć się uczestnikami historii. Słabo wypada też strona aktorska, bardziej pasująca do taniego romansidła klasy C, niż profesjonalnego filmu (na szczególne wyróżnienie zasługuje z pewnością Colin Farrel, którego mimika, oddawała raczej długotrwałe problemy z defenestracją, niż poważne uczucia).

Słabości filmu nie zdołał już nadrobić jedyny element zasługujący na pochwałę, mianowicie świetnie fotografowane plenery. I nic w tym dziwnego, bo Podróż do Nowej Ziemi, nawet dla najbardziej wytrwałego widza, stanowić może syzyfowy pojedynek ze dłużyzną i znudzeniem. Chociaż może, gdyby przetestować ją jako lek na bezsenność, stałby się ona ponadczasowym arcydziełem?

Podyskutuj o tym filmie na forum!


blog comments powered by Disqus