Musical Webbera w reżyserii autora "Batmana i Robina"

Autor: aDiego

Upiór w Operze jest dowodem na to, że po sukcesie Chicago stać jeszcze Hollywood na wyprodukowanie godziwego musicalu. Jest to również dowód na to, że talent reżyserski Joela Schumachera nie "poszedł w las" wraz z Batmanem i Robinem. Film ten potwierdza również fakt, że do czego by się nie dotknął Andrew Lloyd Webber, to odnosi sukces.

Historia miłości oszpeconego mężczyzny, ukrywającego się przed światem w podziemiach paryskiej opery, do pięknej chórzystki Christine. Po raz pierwszy w broadway'owskim musicalu Webera Upiór został ukazany jako tragiczny i wrażliwy kochanek, a nie wyłącznie budzący grozę potwór.

Ktoś, kto postanowił napisać na plakacie do filmu, że Upiór w Operze jest największym wydarzeniem kulturalnym w 2005 roku - wiedział co robi. Wątpię, aby jakakolwiek produkcja filmowa, sztuka, czy wystawa dorównała temu musicalowi. Oczywiście pisząc te słowa mam na myśli jedynie polski rynek. To, co może się wydarzyć w innych zakątkach naszego globu pozostawmy w spokoju...

Kiedy pierwszy raz usłyszałem o Upiorze... - nie wiedziałem jeszcze do końca, z czym będę miał okazję się zetknąć. Wiedziałem jedynie, że swoje paluszki w tym całym przedsięwzięciu maczał sam Weber, a historia oparta została na jego musicalu. Tym bardziej zaskoczony byłem, kiedy dowiedziałem się, że reżyserii tego zjawiska, bo tak totrzeba nazwać, podjął się Joel Schumacher. Mimo, że twórczość bogata, a niektóre tytuły naprawdę dobre (Klient, Bad Company), to pozostał w mej pamięci "piękny stwór", zwany Batmanem i Robinem. Zastanawiałem się, czy reżyser, głównie kina akcji, poradzi sobie z czymś zupełnie mu obcym? Przecież tutaj chodzi o jeden z najbardziej znanych musicali świata. Już sam fakt, że Upiór w Operze jest drugim, po słynnych Kotach (tego samego autora), najdłużej granym musicalem na Broadway'u (od stycznia 1988) o czymś świadczy...

Schummacher wraz z Weberem stworzyli niezapomniane widowisko - prawdziwy musical, tylko, że na dużym ekranie. Przestrzeń sceniczna nie jest ani zbyt mała, ani zbyt duża. W sumie liczbę planów, jakie przyjdzie nam podziwiać, można policzyć na palcach jednej reki. Ale, to nie szkodzi. Tutaj liczy się przede wszystkim oprawa audio-wizualna i gra aktorska. W obu przypadkach jest znakomicie.
Dekoracje, iście musicalowe, nie przytłaczają, ani też nie znikają z pola widzenia. Są doskonałym wypełnieniem sceny, współgrają z grą aktorską i "upiorną" muzyką. Widać, że mamy do czynienia ze swego rodzaju teatrem, a nie typowym filmem.
W samej operze dominacja marmurów, całość okraszona ciepłymi barwami. Co innego mamy w kryjówce Upiora i na cmentarzu. Tutaj sporo "skalistych" odcieni barw. Jest brzydko, wręcz okrutnie i ponuro. W grobowej scenerii dochodzi jeszcze śnieg, co daje efekt niesamowity.

Obsada w musicalu Schumachera i Webera jest mieszana. Główne skrzypce grają mniej znani aktorzy, a ci bardziej rozpoznawani zajęli miejsca w drugim rzędzie. Stało się bardzo dobrze, a głównie za sprawą samego reżysera. Schumacher znany jest z tego, że lubi obsadzać w swoich filmach przyszłe gwiazdy i gwiazdeczki filmowe. Upiora zagrał Gerald Butler, charakteryzujący się "rokowym głosem". Wcześniej zobaczyć mogliśmy go m.in. w Draculi 2000, czy w drugiej części Tomb Ridera, gdzie zagrał obok Angeliny Jolie. W rolę Christine Daae, niespełnioną miłość naszego "straszydła", wcieliła się młodziutka Emma Rossum, którą mogliśmy poznać w Rzece tajemnic czy Pojutrze. Emma wygrała casting, ponieważ jej uroda z powodzeniem była w stanie uosobić niewinność, a niebanalny głos poradzić sobie z piosenkami musicalu. Z ról drugoplanowych wyróżnia się Minie Driver (Hazardzista, Idealny mąż, Powódź, czy Buntownik z wyboru). Grana przez nią Carlotta - diva operowa, jako jedyna może dorównać Upiorowi. Głównie za sprawą swojego silnego charakteru i niezwykłego temperamentu. Postać w sumie komiczna, dodająca do tej "romanso-tragedii" szczyptę humoru.

Muzyka - najważniejszy składnik - jest, co by nie mówić, fantastyczna. Napisana przez samego Webera, we współpracy z producentem muzycznym Nigelem Wrightem (przygotował m.in. ścieżkę do Evity z Madonną) i koordynatorem Simonem Lee.
Szkoda, że można wyróżnić w zasadzie tylko dwa typy utworów. Pierwszym jest mocna, wręcz demoniczna Uwertura Hannibala. Pojawia się ona na samym początku, kiedy teatr odżywa - kurz opada, a pajęczyny znikają. Osobiście ten składnik soundtracku najbardziej mi się podoba. "Niegrzeczna" muzyka pokazuje, że Upiór faktycznie może być groźny... Ciekawą "wariacją" jest tytułowy The Phantom Of The Opera, w którym dochodzi śpiew i nowoczesne brzmienie gitary elektrycznej. Występ Upiora, który zwabia swoją miłość do podziemi opery.. Coś niewiarygodnie pięknego! Chociaż spotkałem się z zarzutem, że zepsuło to całą atmosferę tej sceny. Jak dla mnie, nieprawda!
Drugim, dominującym rodzajem są spokojne arie, jak np. Think Of me, która jest oprawą do przemiany Christine z chórzystki do pierwszego sopranu. Duety również mogą się podobać. Zwracam uwagę szczególnie na Angel Of Music - pełen emocji utwór z przesyconym miłością śpiewem "pięknej i bestii".
Wyróżnia się natomiast humorystyczna, "konwersacja muzyczna" prowadzona przez dwóch nowych właścicieli opery (Lefevre i Piangi). W pewnym momencie dołącza się do nich Wicehrabia Raoul de Chagny. Można ją usłyszeć na samym początku w utworze Notes Prima Donna.
Pewne motywy muzyczne powracają co jakiś czas. Weźmy na przykład Wandering Child, które wykonywane jest przez duet Upiora i Christine na cmentarzu. Jest, to zwyczajna kontynuacja Angel Of Music. Można mieć przez to wrażenie, że część ścieżki muzycznej grana jest na jedno kopyto. Niestety, ja miałem takie wrażenie przez dłuższą część filmu. Po "oswojeniu się" z "podstawowymi dźwiękami" już w pierwszych kilkudziesięciu minutach Upiora w Operze nic nie było mnie już w stanie zaskoczyć. Szkoda, bo wygląda na to, że różnorodność nie jest tutaj zbyt duża. Nie zmienia, to jednak ogólnej oceny muzyki. Jak już napisałem, ta jest fantastyczna i mimo małego urozmaicenia - podobała mi się. Zresztą minus ten blaknie przy całości. Gra aktorska i oprawa wizualna rekompensują nam "muzyczną monotonność".

Na koniec warto dodać, że realizacja kinowej wersji musicalu przyczyniła się do napisania nowych tematów. Specjalnie dla potrzeb filmu powstała np. końcowa piosenka, śpiewana przez Minie Driver. Ci, którzy widzieli już Upiora w operze na scenie (w Polsce było to możliwe nie tak dawno) i im się podobał, dokonując zakupu DVD z pewnością będą zachwyceni. Dla innych będzie to, z pewnością, ciekawe doświadczenie. Cenne zarówno dla tych, którzy kochają tego typu filmy oraz dla tych, którzy nie przepadają za nimi i będą mieli okazję zmienić zdanie.


blog comments powered by Disqus