Disney wraca do korzeni

plakat filmu Disney wraca do korzeni

Księżniczka i żaba to owoc zwrotu, jaki nastąpił w koncernie Disneya po nabyciu pakietu kontrolnego, specjalizującej się w animacji komputerowej, wytwórni Pixar. By nie dublować się wzajemnie producenci od Disneya odwołali się do korzeni legendarnej wytwórni tworząc klasyczną animację 2D wolną od komputerowych ingerencji, a także (a może przede wszystkim) wypełnioną treścią pozbawioną współczesnego sznytu i postmodernistycznych nawiązań. I choć efekt nie jest przełomowy, to jednak powstała opowieść, której trudno wytknąć słabe strony.

Obraz Johna Muskera i Rona Clementsa to ciepła historia czarnoskórej kelnerki Tiany, która przypadkiem staje się uczestniczką intrygi mającej pozbawić majątku ojca jej przyjaciółki, wpływowego nowoorleańskiego biznesmana. W tym celu przestępcy, posługując się magią voodoo, zamieniają w żabę, swatanego z córką bogacza, księcia Naavena (nota bene hulakę i utracjusza) i podszywają się pod niego. Próbująca odczarować młodzieńca Tiana sama... zamieniona zostaje w żabę. Od tej pory para płazów musi pokonać upstrzone przeszkodami mokradła Missisippi, by powrócić do ludzkich postaci i przeszkodzić w finalizacji intrygi.

Najjaśniejszym punktem Księżniczki i żaby jest niewątpliwie ścieżka dźwiękowa. Osadzona w Nowym Orleanie z początku XX wieku opowieść sięga po rytmy tegoż okresu. Film wypełniają blusowo-jazzowe frazy, w których świetnie odnajdują się drugoplanowe postaci: grający na trąbce aligator Louis oraz, nazywany Rayem, świetlik Raymond. To jedyny przypadek, w którym twórcy delikatnie mrugają okiem do widzów nawiązując do legend czarnej muzyki: Louisa Armstronga i Raya Charlesa.

W pamięć zapada także animacja. Przed projekty klasycznych dla Disneya ludzkich bohaterów wybijają się zdecydowanie koncepty żab i spotykanych przez nie po drodze mieszkańców bagien. Po raz kolejny wypada przywołać rezolutną parę Louisa i Raya, którzy stanowią klasę samą w sobie. Uwagę przykuwa także czarny charakter - demoniczny Dr. Facilier. Jednak największy podziw wzbudzają scenerie, w których toczy się filmowa intryga: bagna Luiziany, pływające po Missisippi parowce, a nade wszystko Nowy Orlean - ożywiona w swej dzikiej formie kolebka jazzu i stolica czarnego południa Stanów Zjednoczonych.

Całość, jak to bywa u Disneya, podana jest w formie nakierowanej głównie na małoletniego widza. Przemoc jest umowna, tempo akcji umiarkowane, humor pogodny, a przygody uczą bohaterów pokory i pozwalają im zbliżyć się do siebie. Cała historia zaś zmierza nieuchronnie ku szczęśliwemu zakończeniu. Ten niezwykle bezpieczny schemat to wizytówka wytwórni, bardzo często przywoływana w formie zarzutu o archaiczność. Zarzutu jednak (przynajmniej w tym przypadku) mocno nietrafionego. Księżniczka i żaba to bowiem dziś paradoksalnie alternatywa wobec animowanych opowieści, nad którymi unosi się wyłącznie duch zgrywy. Nie jest to oczywiście dzieło na miarę porywającego Wall-Ego, ale na pewno jedna z lepszych produkcji studia Disneya ostatnich kilkunastu lat.


blog comments powered by Disqus