"Thor: Ragnarok" – recenzja filmu

Najlepszy z Thorów, to Thor bez młota

Thor w marvelowskiej mitologii to nie tylko nordycki bóg piorunów, ale przede wszystkim kosmita. Dotychczasowe filmy o synu Odyna przedstawiały nam raczej Thora jako herosa ze skandynawskich sag. Jednak kiedy przyszedł moment na połączenie świata Avengersów z kosmosem, gdzie ładu i porządku pilnują Strażnicy Galaktyki, wytypowano właśnie posiadacza Mjölnira na swoisty łącznik. I dzięki temu wyszła solidna zaprawa łącząca nam dwa odległe fundamenty sprawiając, że Marvel Cinematic Universe udowadnia swoją przemyślaną politykę fabularną.

Thor: Ragnarok, podkreślę jeszcze raz, stał się naprawdę mocnym spoiwem. Wpływ na to mają dwa fakty. Po pierwsze, nowym widzom MCU dość ciężko będzie zrozumieć niektóre wątki, które odnoszą się do poprzednich filmów. I to nie tylko obrazów o solowych przygodach superbohatera z Asgardu, ale też innych dzieł jak choćby Avengers: Czas Ultrona. Z drugiej strony, najnowsza superprodukcja otwiera Thora na jego naturalne sąsiedztwo jakim jest kosmos i stanowi to dobry przedsionek fabularny do zbliżającej się trzeciej części o Mścicielach, uzmysławiający nam, że „gdzieś tam” rzeczywiście Peter Quill i spółka mogą natknąć się na Asgardczyków.

Jeśli chodzi o trzecią część solowych przygód dziedzica Odyna to sam film można uznać za kawałek dobrego, lekkiego kina superbohaterskiego, jednak ciężko doszukiwać się tu czegoś głębszego. Zbliżenie świata nordyckich bogów do wszechświata, w którym lata ekipa Milano jest na tyle duże, że kolejna produkcja MCU jest także bardzo podobna pod względem samego charakteru i sposobu prowadzenia narracji do Strażników Galaktyki. Czy daje to pozytywny rezultat? Trudno odpowiedzieć jednoznacznie. Uważam, że trzeci epizod przygód Thora można podzielić na dwie fazy.

W pierwszej, trwającej może ze 30 minut, nastepuje wprowadzenie do całej akcji. Na szczęście nie dłuży się ono, bo sam film napakowany jest akcją, ale występujące tam żarty nie wywołały na mojej twarzy żadnego uśmiechu. Reżyser Taika Waititi jest znany z umiłowania do banalnych dowcipów, które właśnie swoją prostotą rozśmieszają. Tym razem przez znaczną część początkowego czasu projekcji odnosiłem wrażenie, że ktoś próbuje mnie rozśmieszyć najprostszym kreskówkowymi gagami przeznaczonymi dla młodszego odbiorcy. Owszem, to Tony Stark był do tej pory uznawany za najśmieszniejszego Mściciela, ale jego humor był uniwersalny i potrafił rozbawić widza w każdym wieku. Sadzę, że tak powinno być z każdą postacią, a zmienianie na siłę poczucia humoru nie wpływa korzystnie.

Druga faza, stanowiąca pozostałą część obrazu, to świetna zabawa wypełniona licznymi efekciarskim pojedynkami oraz bitwą na moście Bifrost. Co prawda i na początku filmu dostajemy świetne komiksowe starcie Thora z Surturem i jego armią, jednak przysłowiową wisienkę na torcie stanowi walka pretendenta tronu Asgardu z Hulkiem. Gdyby Hulk dostał więcej czasu ekranowego, to moglibyśmy otrzymać świetną adaptację przygód zielonego potwora luźno bazującą na historii Planeta Hulka, do której w filmie możemy odnaleźć wiele odniesień. Czytelnicy komiksów Marvela będą mieć wielką radość w odkrywaniu różnych komiksowych nawiązań do wielu tytułów tego wydawnictwa.

„Fajerwerkowy klimat” dopełniają postacie. Na uwagę zasługują cztery. Pierwszą jest sam Hulk, który mocno ewoluował w swoim rozwoju; jego elokwencja jest wprost rozbrajająca. Walkiria to swoista antybohaterka, która swoją traumatyczną przeszłość jest w stanie wzbudzić współczucie, zaś jej obecna prezencja jest wręcz urocza w swoim prostactwie, na co wpłynęła świetna gra Tessy Thompson. Pierwsza główna antagonistka w MCU to obraz kunsztu warsztatu aktorskiego, jaki posiada Cate Blanchett. Hela, w którą wciela się aktorka, jest jednocześnie zmysłowa, nieprzewidywalna, chłodna oraz mroczna. Nieprzewidywalny pozostaje też Loki w wykonaniu Toma Hiddlestona, no ale o tym wiemy już od dawna. Trzeba przyznać, że seria o Thorze ma najlepsze czarne charaktery. Odtwórca głównej roli – Chris Hemsworth – poza tym, że wyszukał w sobie pewien pierwiastek komediowości i rewelacyjnie zagrał syna, który przejmuje schedę po ojcu, to moim zdaniem nie był jakimś wybijającym się punktem. Mogłoby się wydawać, że podobną sytuację mamy z Jeffem Goldblumem, który dostał średniej jakości dialogi, ale już sama jego charyzma bijąca z ekranu wpłynęła na fakt, że interpretowany przez niego Arcymistrz wzbudza podziw publiczności.

Thor: Ragnarok to ponadprzeciętne, lekko pastiszowe, acz innowacyjne podejście do przygód asgardzkich bogów, wypełnione elektro-nutkami Marka Mothersbaugha i okraszone utworem Led Zeppelin Immigrant Song. Spektakl wyrazistych kolorów i miejscami absurdalnych rozwiązań, które może nie są na miarę Strażników Galaktyki, ale mają swój charakter. Jednocześnie odnoszę wrażenia, że od czasu Doktora Strange’a Marvel próbuje przemycić w niektórych filmach spore elementy prostych żartów charakterystycznych dla programów i kreskówek skierowanych do młodszego odbiorcy. Nie jest to niezbędne, gdyż nietuzinkowe postacie same sobie poradzą z rozmieszeniem każdego widza z różnego przedziału wiekowego, tak jak robi to banda huncwotów ze statku Milano.

Mimo wszystko, Thor Ragnarok pozostaje świetną ekranizacją wprowadzając nieco powiewu świeżości w skostniałą mitologię, która przenika do świata zwykłych śmiertelników i to dosłownie. Sam nie będąc fanem filmowych przygód boga piorunów, uznaję jego najnowsze starcie w obronie Asgardu za najlepsze ze wszystkich trzech dotychczasowych.


blog comments powered by Disqus