Recenzja filmu "Transformers: Wiek zagłady"

Podobno „gdzieś w każdym z nas jest dziecka ślad”. Mój wewnętrzny berbeć lubi się budzić podczas oglądania wszelkiego rodzaju blockbusterów. Właśnie wtedy zaczyna się prawdziwa magia – człowiek czuje się jak dziecko w sklepie z cukierkami: kwiczy, piszczy i chce je wszystkie. Oczywiście wszystkie te emocje działają na zasadzie internal screaming, w końcu zdemaskowanie swojego wewnętrznego dziecka w miejscu publicznym może grozić usunięciem z sali kinowej, a tego ja i mój berbeć moglibyśmy nie przeżyć. Kiedy w 2007 roku na ekrany weszła pierwsza część Transformers, wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to wprost przyklejałam się odbiornika telewizyjnego, gdy puszczano bajkę o przygodach Autobotów, odżyły. I mimo negatywnych opinii, mnie osobiście film się spodobał, zresztą pozostałe dwa również. Prawda jest taka, że seria Michaela Bay’a to takie moje małe guilty pleasure. Nic więc dziwnego, że plotki o powstaniu następnego filmu o Transformersach wzbudziły mój zachwyt, a nie przerażenie. Czy słusznie?

Cade Yeager jest wynalazcą próbującym stworzyć innowacyjny projekt, dzięki któremu mógłby zapewnić sobie i swojej siedemnastoletniej córce odpowiednie warunki do życia – opłacić wszelkie zaległe rachunki oraz przestać egzystować z dnia na dzień. Podczas jednej ze swoich wypraw w poszukiwaniu materiałów do przerobienia, bohater natrafia na starą, zdezelowaną ciężarówkę. Postanawia kupić samochód, z nadzieją spełnienia swoich marzeń. W czasie przeglądu okazuje się, że pojazd, który zakupił, nie jest zwyczajną ciężarówką nadającą się na złom. To Transformers – wcześniej broniący Ziemi przed Deceptikonami, teraz, według rządu, wróg rodzaju ludzkiego.

Czwarta część Transformersów to całkowicie nowa historia. Zmieniają się zarówno bohaterowie, Shia LaBeouf został zastąpiony przez Marka Wahlberga, jak i historia. Do tego dochodzą Autoboty, które przeszły zmianę, jakiej nie powstydziliby się twórcy programu Pimp my Ride. Obok Optimusa Prime’a i Bumblebee, na scenę wkraczają nowi przyjaciele – jak choćby Hound czy Drift. O ile w pierwszych trzech filmach można było odnieść wrażenie, iż roboty, może poza przywódcą i żółtym ulubieńcem, w pewnych momentach zlewają się w jedną postać, tak w przypadku czwartej odsłony widz nie doświadczy czegoś takiego. Każdy Autobot otrzymał swoje własne cechy, dzięki którym wyróżnia się na tle innych. I prawda jest taka, że to właśnie one kradną całe show.

Jeżeli chodzi o zmianę, jaka zaszła w ludzkiej obsadzie – wystraszonego studenta zastąpił dorosły, przynajmniej teoretycznie, mężczyzna, dla którego najważniejsze jest dobro jego córki. Mark Wahlberg, nowy ulubieniec Bay’a, o dziwo spisał się całkiem przyzwoicie. Wprawdzie nie pasuje mi do wizji geeka, wynalazcy, a tym bardziej przykładnego rodzica, jednak w scenach starć ze złymi robotami wyszedł naprawdę przekonywująco. Jedne z najzabawniejszych scen z jego udziałem to te, gdy kłóci się z chłopakiem swojej nastoletniej córki, granym przez Jacka Reynora - kolejny świeży nabytek, dzięki któremu w pewnych momentach produkcja przypominała Mistrz kierownicy ucieka. Co do córki ludzkiego  głównego bohatera – za mało charyzmy, za dużo krzyków. Tak w najprostszy sposób opiszę moje uczucia względem niej. Megan Fox była o wiele barwniejszą postacią kobiecą. Nicola Peltz po prostu jest i czasem, ale bardzo rzadko, potrafi wykrzesać z siebie jakieś większe emocje. Jeżeli miałabym wybrać bohatera, którego uznałabym za najlepiej przedstawionego i dopracowanego, przy czym nadal mam na myśli przedstawicieli homo sapiens, mój głos oddałabym na Stanley’a Tucci. Jako jedyny przechodzi widoczną zmianę, reszta bohaterów to po prostu dodatek do scen wybuchów.

Jak na prawdziwy blockbuster przystało, w Transformers: Wiek zagłady pojawia się niezliczona ilość scen wybuchów, walk i tryskania olejem. Do tego dochodzą wielkie statki kosmiczne, transformacje i dinoboty. Owszem, niektórzy mogą zarzucić tej produkcji brak realizmu. Do tego dochodzi jeszcze nieodłączny element patriotyzmu, pojawiający się w większości filmów Bay’a, czyli powiewające flagi, które niekoniecznie są moim ulubionym składnikiem. A skoro o flagach mowa, kiczowate, wyjaskrawione widoczki nie ominą widza i w tej części. Niestety, tzw. bayowskie sceny są nieuniknione – jedne wywołują zachwyt, inne niekoniecznie. Ale tak to już bywa w produkcjach tego reżysera, zwłaszcza w tych opowiadających o Autobotach.

Jesli chodzi o oprawę dźwiękową filmu, jest mocno, szybko i wyraziście. Ścieżką muzyczną również nikt nie powinien czuć się rozczarowany. Główny utwór, czyli Battle Cry zespołu Imagine Dragons to godny następca dzieł Linkin Park – klimatyczny, nastrojowy i urzekający. W pełni oddaje atmosferę filmu i scen, w których się pojawia.

Transformers: Wiek zagładyzapewnia godziwą rozrywkę. Co więcej, nie moich powinien zawieść oczekiwań widzów lubiących tego typu produkcje, i, przynajmniej dla mnie, nie okazał się gorszy od poprzednich części. Zapewne, jak to miało miejsce wcześniej, produkcja znajdzie swoich zagorzałych zwolenników i przeciwników. Jednym nie spodoba się prosta i nijaka fabuła, innych urzeknie ilość efektów specjalnych i widowiskowość. To wy musicie zdecydować, do której grupy się zaliczacie. Ja na pewno wrócę jeszcze do tego filmu, gdyż uważam, że to dobrze zrealizowany blokbuster, mimo kilku niedociągnięć i potknięć kolejny raz moje wewnętrzne dziecko zostało zaspokojone.


blog comments powered by Disqus