"Tully" - recenzja filmu

Autor: Korni

Mit macierzyństwa

Nie dajcie się nabrać na zabawne fragmenty z trailera – dystrybuowany jako komedia najnowszy obraz z Charlize Theron w roli głównej to tak naprawdę dramat o wycieńczonej kobiecie. Niestety, temat, który powinien poruszyć szerszą opinię publiczną, został zamieciony pod dywan i ukryty pod solidnie naciąganą fabułą.

Marlo (Charlize Theron) ma ponad 30 lat i niszczy ją rutyna dnia codziennego. Zmagania z nadpobudliwym synem, opieka nad córką, zajmowanie się nowonarodzonym dzieckiem oraz samotne dbanie o ciepło ogniska domowego po prostu ją przerosły. Na dodatek wiecznie zapracowany i nieobecny mąż (Ron Livingston) nie daje Marlo należytego wsparcia. Na ratunek kobiecie niespodziewanie przychodzi pełna młodzieńczego wigoru nocna opiekunka Tully (Mackenzie Davis), która uświadamia jej na nowo piękno bycia żoną i matką. Marlo pod wpływem obecności superniani zyskuje nadzieję na lepsze jutro, zaczyna czerpać radość z przebywania z rodziną, ale wszystko ma też swoją cenę. Tully w ciągu nocy zajmuje się domem, a Marlo w końcu może się wyspać, jednakże ich bliska relacja z czasem staje się dla kobiety uzależnieniem.

Młoda opiekunka jest psychologiem, nianią, ekspertką od relacji damsko-męskich, filozofką i niespełnioną artystką w jednym. Przy tak interesującej osobie mama w powyciąganych bluzach wygląda po prostu nudno. Charlize Theron robi jednak wszystko, aby charyzmatyczną Tully zmiażdżyć rewelacyjną grą aktorską – i to jej się udaje. W scenach pełnych bólu i rozgoryczenia, podczas ataków wściekłości i w chwilach totalnej rezygnacji jest namacalna, wiarygodna. Po serii filmów, w których atrakcyjna aparycja była jej głównym atutem zatrzymującym oko widza, tutaj dostajemy postać zbudowaną z emocji. Balansowanie na granicy depresji, skrajne wycieńczenie, niska samoocena, poczucie bycia złą matką – właśnie o tym jest film Tully, a Theron sprawdza się w tej wymagającej roli doskonale.

I na tym niestety kończą się atuty produkcji. O ile idea, która przyświecała twórcom w powołaniu jej do życia, jest słuszna, to samo zaserwowanie tematu trudów macierzyństwa było nieudane. Amerykański sposób na podjęcie tej problematyki to albo żenujące poprowadzenie komediowych wątków, albo potraktowanie jej ze sporym dystansem. W Tully odnajdujemy próbę połączenia jednego i drugiego, przeplataną tragicznymi scenami, w których Charlize Theron wynosi się na wyżyny swoich aktorskich możliwości. Dziwnie przy tym odnajduje się postać nocnej niani, gdzie na kontrze dwóch osobowości reżyser próbuje zestawić zupełnie inne podejścia do życia. Twist na koniec filmu ma co prawda nam te wszystkie zabiegi wyjaśnić, ale wydaje się być jedynie nachalną próbą usprawiedliwienia braku odwagi w ujęciu tematu. Rozgrzeszenia nie otrzymuje również fatalnie napisana postać głowy rodziny – jego postanowienie poprawy na koniec filmu wzmaga tylko uczucie zażenowania. Dodając na siłę wątek ojcostwa, razem z kwestią emocjonalnego i fizycznego oddalenia małżonków, otrzymaliśmy worek pełen problemów, które zostały potraktowane po macoszemu.

Tully bardzo stara się być kimś/czymś więcej niż jest. Trudno nie docenić aktorskich starań obu pań oraz twórców, aby stworzyć oręż filmowy dla wszystkich chronicznie wykończonych matek. Szkoda tylko, że zamiast prawdziwego, odsłaniającego wszystkie „brudy” macierzyństwa dramatu otrzymaliśmy półtoragodzinną próbę mierzenia się z tematem. Eksperymentowanie na widowni nie zawsze jest dobrym pomysłem, chyba że widz ma szansę wyjść z seansu z odkrywczą myślą lub niesamowitym doświadczeniem – w tym przypadku nie dostajemy żadnej z tych wartości.

korekta: Marta Kononienko


blog comments powered by Disqus