Recenzja filmu "Mario Barth: Na własnej skórze"

W ostatnich latach powstało kilka niezwykle udanych, docenianych i precyzyjnie zrealizowanych dokumentów. Na słowa pochwały zasługują: sentymentalna wizytówka Italii (Włochy: kochaj albo rzuć, 2011), niepokojąca dekonstrukcja kryzysu gospodarczego (Inside Job z 2011 roku), a zwłaszcza wzruszająca historia zagadkowego muzyka, Sixto Rodrigueza (zdobywca wielu prestiżowych nagród, w tym Oskara dla najlepszego pełnometrażowego filmu dokumentalnego, Sugar man z 2012 roku). Czego wartościowego możemy dowiedzieć się z amerykańsko-japońskiej produkcji Under the skin (Na własnej skórze), słynnego tatuażysty, Mario Barth’a?

Mario to niekwestionowany guru sztuki tatuażu, który odegrał ważną rolę w rewolucji całej branży. Jak możemy dowiedzieć się z pięciominutowego wprowadzenia do filmu, ten wyśmienity artysta rozpoczął spektakularną karierę przed ponad dwudziestu laty w Austrii. To tam wykonywał swe pierwsze tatuaże, w podziemiu, zupełnie nielegalnie: ówczesne restrykcyjne prawo zabraniało takich działań. Pierwszymi klientami Barth’a byli recydywiści, wszelakiej maści kryminaliści i złodzieje. Determinacja oraz zawzięcie artysty spowodowały, że z biegiem lat zalegalizowano jego działalność. Po tym sukcesie na fali popularności autor Na własnej skórze wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Jako prekursor sterylnych tuszy, zdołał zyskać wielki splendor i otworzyć aż dziewięć ekskluzywnych studiów. Obecnie jest jednym z najbardziej pożądanych nazwisk swojej branży - ustawiają się do niego kolejki gwiazd. Mario zna przy tym wszystkie ważne osobistości sztuki tatuażu, w tym również ród Horitoshi, mistrzów japońskiego Tebori.

To właśnie o tradycyjnych tatuażach Tebori opowiada recenzowany dokument. Barth udaje się w kolejną podróż do Tokio w celu zwiedzenia zakazanych miejsc, gdzie wykonuje się te majestatyczne tatuaże oraz uczestniczenia w niedostępnych dla zwykłego śmiertelnika uroczystościach. Jest to wiarygodna opowieść o przyjaźni osób z diametralnie różnych środowisk połączonych wspólną pasją i oryginalnymi upodobaniami. Mario docenia kunszt, artyzm niepowtarzanych japońskich dzieł, oddając niejako hołd wiekowej, azjatyckiej tradycji. Jednocześnie ma on pełną świadomość, iż opinia publiczna nieprzychylnie spogląda na działania rodziny Horitoshi, co jest bezpośrednio związane z tamtejszą mafią, yakuzą. Walczy zatem z fałszywych stereotypem, jakoby Tebori było wyłącznie domeną groźnych gangsterów. Słusznie porównuje to z sytuacją sprzed lat z Austrii i swymi działaniami zmierzającymi do zmiany postrzegania tego rzemiosła.

Oprócz emocjonalnych rozmów na temat problemów Tebori, w Under the skin znajdziemy wiele scen prezentujących zbieżne upodobania Mario Barth’a oraz Jiro - głowy klanu Horitoshi (m.in. wspólne koncertowanie w rockowej knajpie czy wizyta w łaźni). Na takich przykładach najlepiej widać, jak nieistotne są różnice kulturowe i pochodzenie - prawdziwa przyjaźń rozpoczyna się od podobnych zainteresowań. Miłośnicy Kraju Kwitnącej Wiśni będą oczarowani fascynującymi miejscami zwiedzanymi przez austriackiego artystę. Zagorzali wielbiciele tatuaży, oglądając ten godzinny dokument, nie dowiedzą się jednak niczego nowego. Celem Barth’a było ukazanie sztuki Tebori i jej wręcz idealistyczna celebracja, nie interesuje go cała techniczna otoczka tego zawodu. Niestety, poruszana tematyka została potraktowana po macoszemu, a przez większą część produkcji możemy wyłącznie podziwiać narcystyczne wygibasy potentata tejże branży. 

Na własnej skórzeto dzieło niekompletne, niespójne, ledwie nadgryzające wierzchnią warstwę skomplikowanego, podziemnego świata sztuki Tebori. Widać, iż Mario Barth starał się opowiedzieć pewną historię, niestety jego osobiste uwielbienie Japonii i przyjaźń z rodem Horitoshi stały się priorytetowym tematem poruszanym w rzeczonym dokumencie. Wielka szkoda, gdyż hasło wiodące produkcji ("Poczuj na własnej skórze dreszczyk nielegalnej sztuki") zostało w ten sposób zaprzepaszczone.  


blog comments powered by Disqus