Recenzja ścieżki dźwiękowej do filmu "Underworld: Evolution"

Autor: Paweł Sarna
15 marca 2006

Underworld: Evolution to kolejna część nowoczesnej, mrocznej baśni dla dorosłych o przygodach pięknej, acz niebezpiecznej wampirzycy Seleny na tle odwiecznej, śmiertelnej walki pomiędzy dwoma rasami - arystokratycznymi Wampirami, a zbuntowanymi Lykanami.

Równocześnie z pojawieniem się filmu w kinach do sklepów trafiła płyta z muzyką inspirowaną tymże obrazem. Wytwórnia (jak to one już mają w zwyczaju) zachwalała ścieżkę, zapowiadając, że to kolejny klasyk OSTów dorównujący składankom z takich filmów jak The Crow i Matrix. Jak jest z poziomem, dowiecie się parę akapitów niżej, natomiast faktem jest, że udało się zgromadzić kilkunastu potencjalnie interesujących artystów. Mamy zarówno starych wyjadaczy, gwiazdy z dorobkiem np. Slipknot, Cradle Of Filth czy Meat Beat Manifesto, jak i wykonawców dobijających się dopiero (a może już?) do drzwi sławy np. Lacuna Coil, Atreyu, Trivium. Celowo pominąłem wcześniej projekt Puscifer, który także miał swój udział na ścieżce do pierwszego Underworldu. Jest to mianowicie efekt współpracy pary wielce utalentowanych artystów – Maynarda Jamesa Keenana (wokal; Tool, A Perfect Circle) i Danny’ego Lohnera (multinstrumentalista; ex-Nine Inch Nails). Na marketingową atrakcyjność materiału wskazuje obecność kilku niepublikowanych i świeżych kompozycji oraz parę remiksów. Te ostatnie mogą zainteresować z powodu zaproszenia do pracy przy nich takich osób, jak wspomniany wyżej Danny Lohner, Chris Vrenna (ex-Nine Inch Nails, Tweaker) oraz cEvin Key (Skinny Puppy). Czas więc na poznęcanie się nad jakością płyty...

  • Na pierwszy ogień Puscifer – makabryczna muzyczna groteska, koło której nie mogą przejść obojętnie fani MJK – pasuje do filmu, ale nie zachwyca. Za bardzo przypomina bowiem remiksowe sprawy A Perfect Circle.Najciekawsze wydają się tu brzmienia syntezatorów.
  • Zaskoczenie in plus całego albumu – Chester B. z Linkin Park, tym razem solo... Morning After to utwór nagrany i wyprodukowany przez gitarzystów Orgy - Ryana Shucka i Amira Derakha – którzy jako elektroniczny duet Julien K (http://www.julien-k.com) mogą w tym roku nieźle namieszać. Polecam Waszej uwadze tą nazwę. Tymczasem sam kawałek (co jest miłym zaskoczeniem po ostatnich „wyczynach” artystycznych ekipy z LP) jest świetnym połączeniem uroczej, new romanticowej elektroniki z rockowym pazurem a’ la Orgy. To w sumie ten sam sort co Pts of Athrty z Reanimation (remixowa płytka LP). Nie widzę wyjścia i już teraz mogę napisać, że solowa płyty Benningtona wskakuje na moją listę oczekiwanych premier 2006 roku.
  • Kolejna nadzieja emo grania (ileż ich jest ostatnio...) – Hawthorne Heights tu w remiksie Legion Of Doom pokazuje mimo wszystko, że jest godna zainteresowania i przy odrobinie szczęścia dorobi się stabilnej bazy fanów i przetrwa na rynku. Ta specjalna filmowa wersja jest dość momentami industrialnorockowa, co tylko podwyższa jej ocenę.
  • Moi ulubieńcy wśród pozerów – gwiazdy pop-punk-emo-goth grania - czyli My Chemical Romance, także poddali swoją kompozycję ponownej obróbce przy stole mikserskim. Efekt jest taki, że wyszło bardzo oldschoolowo, ale oczywiście nie w kategoriach hc/emo, lecz synth pop/rocka.
  • Nielubiana przez wielu fanów, Slipknotowa ballada, tu także w remiksie, który jak dla mnie jest bliski klimatem kompozycji Bena Moody’ego (ex-Evanescence) Everything Burns (Fantastic Four OST) – ot, spokojna piosenka na co bardziej romantyczne chwile filmu. W czasie słuchania w domu można pominąć.
  • I kolejna alternatywno-emo ekipa w remiksie. Alkaline Trio wybrali na szczęście chyba mój ulubiony utwór ze swojej twórczości. Co prawda tempo mogło być szybsze, ale nie jest źle.
  • Prawie zupełnie zdigitalizowani panowie z horrorowego emo pt. Aiden całkiem przekonująco dorzucili tu swoją kompozycję, która nabrała dzięki miksowi bardziej mrocznego (żeby nie napisać, gotyckiego) nastroju. Plus dla nich.
  • Zupełnie nieznana mi ekipa pod nazwą Senses Fail - tu w trochę harsh’owym (wokal) remiksie Legion Of Doom – przez pierwszą minutę raczej zniechęcała do swojej muzyki; potem jest o wiele lepiej – a dzieje się to w najlepiej zachowanych fragmentach oryginalnej kompozycji... czyli wygląda na to, że remiks wiele ujmuje oryginałowi.
  • Długo czekałem na coś nowego z ich strony. I zmów brak rozczarowania - Atreyu znów pokazali klasę, wpisując się idealnie w klimat filmu i płyty – nastrój piosenki, tekst, melodia – wszystko jest z najwyższej półki. Mimo, że Her Portrait In Black nie znajdzie się na nowej płycie emocore'owców z USA, to tym bardziej nie mogę się na nią doczekać. Sam utwór łączy, jak to u Atreyu bywa, mocne metalcore’owe zagrywki (tym razem mocniej niż na The Curse) z melodyjnymi wstawkami; solówka dokumentnie wbija mnie w ziemię – to sentymentalny powrót do popisów Jima Martina w Faith No More pod koniec lat 80-tych. Szukajcie teledysku – wampiryczne klimaty sprzyjają tej ekipie.
  • Jedno z największych odkryć minionych lat na scenie metalowej – Trivium – prezentuje nam tu niepublikowany kawałek z sesji nagraniowej do płyty Ascendancy. Jakością nie odstaje od tego co słyszymy na longplay’u. Może tylko słychać więcej inspiracji hardrockowymi latami 80-tymi aniżeli thrash/death metalowymi klimatami jak zwykle. Mam nadzieję, że metalowa młodzież nam się nie zepsuje i dalej będzie tworzyć wartościową muzykę.
  • A tu małe moje odkrycie na tej płycie – metalowa Mendozza – grająca nowoczesne metalowe klimaty, ucieszyła mnie swoją mocą i dynamiką. Dobrze wyzwolona energia na sceny kinowej jatki.
  • Singiel zapowiadający nowy album (Karmacode) Włochów z Lacuna Coil przynosi nieco cięższe brzmienie z niżej nastrojonymi gitarami w stosunku do tego co prezentowali wcześniej. Już na koncercie w Spodku (31 sierpnia 2005, przed KoRnem) nowa kompozycja przykuwała uwagę dynamiką i świetnym poziomem kompozycyjnym. Nie zabrakło charakterystycznych dla nich orientalizmów, pięknych melodii, mrocznego klimatu i TEGO głosu.
  • Gosling. Po pierwsze – ta piosenka tu nie pasuje; po drugie – kompozycyjnie też nie zachwyca. To chyba nie był najlepszy pomysł umieścić tak brytyjsko brzmiący utwór na tym soundtracku.
  • Następna słaba piosenka... Bobby Gold ze swoją elektronicznym przynudzaniem zupełnie nie trafił w moje gusta. 
  • Weteran przeróżnych soundtracków Meat Beat Manifesto uderzył ponownie. ”Samobójcza” piosenka jest lepszą pozycją niż 2 poprzednie kawałki, ale i tak obiecywałem sobie nieco więcej.
  • Cover Misfits (legenda horror punka) Hallowe’en II w interpretacji Cradle Of Filth wyszedł naprawdę obiecująco. Po raz kolejny Brytyjczycy pokazali, że świetnie czują się w cudzym repertuarze, zachowując przy tym wszystkie charakterystyczne cechy swojego stylu.

Jak to na składankach bywa – jest kilka świetnych tracków, kilka dobrych/przeciętnych, i niestety też parę nietrafionych. Sporo ekskluzywnych, w momencie wydania płyty, utworów, pozwala na przypuszczenie o sukcesie tego soundtracku. Ocena jest średnią arytmetyczną moich ocen cząstkowych za poszczególne utwory. Miłego słuchania i uważajcie na wampirzyce...

Ocena: 6,9/10



blog comments powered by Disqus