P jak patos

plakat filmu P jak patos

W 2003 roku stało się to, czego wielu się obawiało - kolejne dwie części trylogii Matrix spauperyzowały genialny i przełomowy pierwowzór. Reaktywacja i Rewolucje może nie były tak złe, jak się o nich powszechnie mówiło, ale również nie były tak dobre, jak mogłyby być. Cyferki z box office'a zrobiły jednak swoje i Wachowscy dość szybko powrócili ze swoim nowym filmem V jak Vendetta będącym ekranizacją komiksu Alana Moore'a.

Fabuła tego dzieła to swoiste skrzyżowanie Roku 1984 Orwella z Hrabią Monte Christo oraz innymi kostiumowymi opowieściami o zemście. Z jednej strony mamy totalitarny reżim panujący w alternatywnej wersji Wielkiej Brytanii, z drugiej zaś - zamaskowanego wywrotowca o mrocznej przeszłości. Jest oczywiście jeszcze piękna kobieta - w tym wypadku Evie (Natalie Portman) - przypadkowo wciągnięta w anarchistyczny spisek. W miarę rozwoju akcji widza zaczyna dręczyć coś na kształt filmowego deja vu. Tajemniczy terrorysta, który wyrywa główną bohaterkę ze społecznego otępienia i walka z systemem to motywy znane z wiadomej cyberpunkowej trylogii. Wachowscy to zdeklarowani fani sztuki obrazkowej i niewykluczone, że V Moore'a stanowi pierwowzór Morfeusza.

To, co najbardziej urzekało w Matrixie to brak jakiegokolwiek konfilktu między formą a treścią - filozofia pokojowo koegzystowała tam z kinem akcji, nawet nadnaturalne zdolności bohaterów miały tu ideowe zaplecze. V jak Vendetta to obraz wzbogacony również o drugą - dającą pole do popisu wszelkiej maści interpretatorom - płaszczyznę. Najczęściej powtarzanym w ciągu ponad dwugodzinnego seansu słowem jest "wolność", traktowana tutaj - zgodnie z anarchistyczną doktryną - jako absolut. Wywrotową wymowę filmu podkreślają również liczne nawiązania do historycznej postaci Guya Fawkesa oraz scena napadu na sklep, podczas której złodziej wykrzykuje słowa: "anarchy in the UK" będące tytułem przeboju Sex Pistols. Przypomina to, co prawda, trochę freudowskie dopatrywanie się we wszystkich dziedzianch życia seksualnych podtekstów, ale w aktualnej sytuacji politycznej nie uda się uniknąć interpretowania V jak Vendetta jako kolejnego manifestu przeciwko wojnie w Iraku. W tej kwestii zdanie Wachowskich jest klarowne i krzyczy do widzów już z plakatu - Wolność! Na zawsze!. Na drugim miejscu - pod względem częstości występowania - znajduje się wyraz "idea". W tym przypadku zachodzi odwrotny proces niż w Jaskini Platona”. To człowiek staje się ideą.. Bardzo ładnie jest to zobrazowane w scenie finałowej, kiedy V umiera, a tysiące ludzi w jego przebraniu wychodzą na ulice Londynu. Pojawia się tu również znany z Matrixa motyw predestynacji - wszystko - niczym układane pod koniec filmu domino- łączy się w przyczynowo - skutkowy historyczny ciąg.

Wypada zauważyć, że jedną z najmocniejszych stron ekranizacji komiksu Moore'a jest aktorstwo, zwłaszcza, że w filmach s-f jest to aspekt często traktowany trochę po macoszemu. Krytycy jednogłośnie zachwycają się Natalie Portman. I owszem, gra ona bardzo wdzięcznie, ale lekko przyćmiewa ją Hugo Weaving. Ten - znany z Matrixa i Władcy Pierścieni - australijski aktor jest tu w zasadzie tylko głosem - cały czas jego twarz zakrywa maska. Krążą nawet plotki, że w części scen występuje pierwotny kandydat do tej roli, a dźwiękowcy tylko podłożyli we właściwych momentach nagranie Weavinga. Trzeba też przyznać, że obsadzenie osoby specjalizującej się głównie w rolach teatralnych było strzałem w dziesiątkę. V wręcz hipnotyzuje świetną dykcją, głęboką barwą i szekspirowską manierą. Może to nawet dowodzić pewnej wyższości aktorów grających na żywo nad - sfabrykowanymi przez odpowiedni montaż - hollywoodzkimi gwiazdkami. Dość miłym akcentem jest zaangażowanie Johna Hurta, co można uznać za ukłon epigonów w stronę mistrzów gatunku. Kanclerz Sutler w jego wykonaniu podczas swoich przemówień do złudzenia przypomina pewnego zaczesanego na lewą stronę Austriaka z wąsikiem (a także niektórych polskich polityków). Jest to zabieg początkowo nieco rażący swoją oczywistością,, ale przecież nikt od postaci trzecioplanowej nie wymaga indywidualnego podejścia do roli.

Aktorstwo, przesłanie... V jak Vendetta ma dość silny szkielet potrzebujący jedynie odpowiednio skonstruowanego scenariusza. Niestety, tutaj peany się kończą. Film zaczyna się tak, jak Hitchcock przykazał: londyński sąd wybucha przy dźwiękach muzyki Czajkowskiego, a widzowie od razu zostają wciągnięci w środek wyzwoleńczej walki z tyranem. Potem napięcie stopniowo opada, opada, opada... a końca nie widać. Po emocjonującym i dobrze rokującym wstępie dostajemy już tylko, pozostałą po nim, pianę (filmową, nie polityczną). Tajemnicza przeszłość V staje się dość szybko jasna - chyba każdy, kto zna historię II wojny światowej domyśli się, jaki proceder uprawiany był w obozie w Larkin. W dodatku makiaweliczny plan zamaskowanego terrorysty jest wprowadzany w życie w zasadzie bez żadnych przeszkód. Nikt się tu nawet nie sili na pozory suspensu.

Kolejnym - obok rozmdylenia fabuły - minusem tego filmu jest nadmiar patosu i typowo hollywoodzkiego zadęcia. Opowieść o państwie totalitarnym aż się prosi o mroczną, klaustrofobiczną atmosferę, jaką przesiąknięty był sztandarowy dla tego gatunku Rok 1984 Orwella. Twórcy wybierają jednak ckliwą atmosferę opowieści płaszcza i szpady. W efekcie, w finałowej scenie, kiedy wybucha parlament, widz mimowolnie oczekuje, że za chwilę z Tamizy wynurzy się wrak Titanica.

W 2006 roku stało się to, czego wielu się obawiało - Matrix okazał się anomalią w dorobku przeciętnych twórców, jakimi są Wachowscy. V jak Vendetta to kino nie tak złe jak niektórzy o nim mówią, ale też nie tak dobre jak mogłoby być. To film po prostu rzetelny i plasujący się jakościowo trochę powyżej Zabójców. Tylko tyle czy aż tyle? Chyba to drugie, szczególnie, gdy się spojrzy na inną, powstałą niedawno antyutopię - Wyspę Michela Baya.

Podyskutuj o tym filmie na forum!


blog comments powered by Disqus