"Valerian i Miasto Tysiąca Planet" - recenzja filmu

The Big Market

Biorąc pod uwagę fakt, że recenzje filmu Valerian i Miasto Tysiąca Planet czytałam nad wyraz różnorodne (od zachwytu po niesmak), a – jako wielka fanka komiksu autorstwa Pierre’a Christina i Jean-Claude’a Mézières’a – obejrzeć go po prostu musiałam, poszłam do kina bez żadnych większych wymagań… Kiedy więc jako pierwszy wyświetlono fantastyczny teaser obrazu Thor: Ragnarok (ach, Cate!), już byłam zadowolona i uznałam, że warto było odwiedzić przybytek dziesiątej Muzy. A potem… A potem było już tylko lepiej…

Krótka historia podboju kosmosu przez człowieka wprowadza widza w meandry rzeczywistości bohaterów. Mały krok dla człowieka a wielki dla ludzkości, to także poznawanie i współegzystowanie z nowymi rasami, które tłumnie odwiedzać zaczynają szybko rosnącą stację orbitalną niedaleko Ziemi. Tak tłumnie, że owa baza kosmiczna – rozrosnąwszy się do kolosalnych rozmiarów – zaczyna zagrażać naszej rodzimej planecie. Niecałe dwa stulecia, a postęp w każdej możliwej dziedzinie sprawia, że Ziemianie nie są już tylko dwunożnymi istotami, którym wydaje się, że rządzą niepodzielnie pośród Drogi Mlecznej i pozostałych galaktyk. Mnogość i różnorodność absolutnie fantastycznie przedstawionych ras spoza Błękitnej Planety oszałamia, zwłaszcza, że ta pigułka wiedzy oraz popisu charakteryzatorów i kostiumologów serwowana jest widzom w tempie geometrycznym (wisienką na torcie zaś jest niezapomniany Roy Batty w osobie Rutgera Hauera, czyli epizod tyleż niewielki, co będący hołdem dla genialnego aktora i dla wszystkich miłośników fantastyki).

Szalony sen space inżyniera opuszcza więc orbitę Ziemi i płynie w kosmos, by z czasem stać się Miastem Tysiąca Planet – potężną metropolią Alpha, zamieszkiwaną przez koegzystujące rasy w liczbie ponad trzech tysięcy gatunków, posługujące się ponad pięcioma tysiącami języków i dialektów, z których każda zajmuje odrębny sektor, dostosowany do jej warunków życiowych (chmury gazowe, środowiska płynne) i zajmuje się tym, co jest jej specjalnością (od genetyki, przez bankowość, po archiwa).

Dla odmiany od przeładowanych technologiami obrazów i zrównoważenia kosmicznych przestrzeni, twórca przenosi widzów na bajkową wręcz (nie tylko w kolorach i kształtach) planetę Mül. To miejsce, gdzie chcesz się znaleźć już, teraz, natychmiast. By podziwiać oszałamiające niebo z wieloma księżycami, siedząc na wspaniałej plaży i wsłuchując się w szum cudownego oceanu (pomijając już fakt, że marzysz o figurze, gracji i biżuterii autochtonów) oraz by zbierać bezcenne perły, które są tu podstawą bytu - życia w harmonii i pięknie, pełnym miłości, wiedzy i pokory wobec cudów natury. Do czasu jednak. Bo wkrótce brutalna rzeczywistość przerywa w najpotworniejszy z możliwych sposobów pokojową egzystencję mieszkańców Mül…

Co mają ze sobą wspólnego te dwa, jakże odmienne w czasie i przestrzeni obrazy? Sporo. Ale tego widzowie dowiadują się powoli, dzięki rzucanym przez Bessona okruszkom… Tymczasem, zanim jeszcze w jakikolwiek sposób uda się powiązać oba fragmenty układanki, poznajemy głównych bohaterów – majora Valeriana i sierżant Laureline. Zespół kosmicznych agentów tyleż skuteczny, co nietuzinkowy. Niefrasobliwość pospołu z obowiązkowością, ryzykanctwo ze skrupulatnym planowaniem i żywioł z chłodną, ścisłą kalkulacją, czyli ogień i woda w służbie kosmicznego imperium.

Francuska historia z czasów, kiedy Gwiezdne Wojny były jeszcze raczkującą przyszłością, doczekała się ekranizacji nad wyraz późno. Fakt – nieprzebrane bogactwo światów i zamieszkujących je istot, przepych strojów i bogactw natury czy architektury, obfitość broni, języków oraz obyczajów są w serii Valérian et Laureline porażające. Zwłaszcza, jeśli weźmiemy pod uwagę czas ich powstania, czyli jesień… 1967 roku. Lecz czy teraz, po burzącym konwencje Piątym elemencie, rewolucyjnym w każdym tego słowa znaczeniu Matrixie czy spektakularnym Avatarze można jeszcze czymś widza zachwycić? Zdziwić, oczarować, porwać? Nawet, jeśli widz ów zdaje sobie sprawę, że to twórca Star Wars czerpał inspiracje od francuskich twórców, nie odwrotnie. A można! Nawet, jeśli genialny reżyser Wielkiego błękitu, Nikity i Leona zawodowca przeniósł ciężar swojej twórczości z wrażeń umysłowych i na czysto zmysłowe.

Film to kompilacja kilku różnych zeszytów z francuskiej serii komiksowej oraz puszczone wodze fantazji twórców. Tytuł to zaś – miks Miasta niespokojnych wód (La Cite des Eaux Mouvantes) oraz Cesarstwa tysiąca planet (L'Empire des Mille Planetes). Czy składanka udana? Twierdzę, że tak. Cara Delevingne, nietuzinkowa angielska supermodelka występująca w filmach, paraduje od razu w bikini lub sukienkach, które równie mało skrywają, co zostawiają domysłom. Nie razi to jednak, bo robi to tak naturalnie (lata treningu na wybiegach), że miło na nią popatrzeć, nawet jeśli gustu nie mamy zbliżonego do jej modowych wyborów. Sam sposób poruszania się granej przez nią postaci – typowy catwalk – sprawia, że od razu lubimy tę zdyscyplinowaną, mądrą, oczytaną i nie dającą się nabrać na byle sztuczki dziewczynę.

Dane DeHaan, czyli tytułowy Valerian, potrzebuje więcej czasu, by do siebie przekonać. Na typowego samca alfa, oszałamiającego samą tylko charyzmą, jest nieco zbyt młody, choć doświadczenia na pewno mu nie brakuje (a nawet ma je w pewnych kwestiach w nadmiarze). Nie potrafi też od razu być taki cool i trendy jak towarzyszka – zdaje się być jej młodszym bratem, nie dowódcą.

Ta dość odważne ze strony producentów zmiana profilu głównych bohaterów mogła spowodować upadek całego przedsięwzięcia. Przecież komiksowy Valerian to wysoki, ciemnowłosy, niepokorny pół pirat, pół gentleman, a Laureline – rudowłosa piękność, która obrazuje typową Francuzkę, a więc kobietę zawsze i w każdym calu. Czy to jednak maestria Luca Bessona w osobach producenta, scenarzysty i reżysera równocześnie, czy niewątpliwie kwitnąca na ekranie angielska róża w osobie Delevingne sprawiają, że chce się dać szansę tej decyzji, bo przecież to tylko personifikacje „prawdziwych” bohaterów, a widzowie i tak swoje wiedzą i swoich kochają.

Świetne roboty bojowe, K-Trony, które robią wrażenie nawet wtedy, kiedy trwają w bezruchu; niesamowita broń i jej nietuzinkowe wielokroć użycie oraz świeże pomysły na statki kosmiczne karmią wyobraźnię. Genialne scenografie, nie tylko planet, ale poszczególnych obszarów Miasta Tysiąca Planet i wspomniane wcześniej kostiumy (widz marzy po prostu o tym, być zostać posiadaczem kombinezonu łobuzerskiego majora) oraz ponadprzeciętne dzieła makijażystów i charakteryzatorów cieszą oko, podobnie jak twory grafików komputerowych pod postacią kosmicznych zwierzaków czy ich panów. A masa subtelnych, niezauważalnych dla niewtajemniczonych, oczek, puszczanych w stronę widza (fakt, że Valerian nie zna francuskiego a Laureline ma dość swoisty występ w białej sukni, o Jessice Rabbit nie wspominając) bawi do łez. Do tego koncertowe popisy drugoplanowych bohaterów, jak Ethana Hawke w roli alfonsa Jolly’ego czy Rihanny jako jego pracownicy – oszałamiającej (w każdym tego słowa znaczeniu) Bubble (scena końcowa występu artystki, nomen omen, sceny – godna królowej). Masa dwuznaczności, drugie dna mające trzecie i czwarte warstwy, zabawa z odbiorcą spektaklu, nie tylko w warstwie wizualnej, ale także umysłowej, to niewątpliwe zalety produkcji. Mnogość nawiązań do historii oraz czasów współczesnych (od szeroko pojmowanej nauki i kultury po aktualne zmagania polityczne) sprawia, że widzimy w filmie – jak w lustrze – odbicie otaczającej nas rzeczywistości. Tak ogromna dawka wrażeń sprawia, że trwający ponad dwie godziny film wydaje się trwać mgnienie oka. I choć z pewnością obraz należałoby – dla dotarcia do głębszych jego warstw czy chociażby ucieszenia oka tym, co się pominęło w pierwszym szalonym pędzie – obejrzeć przynajmniej trzy razy – pierwszy syci niesamowicie.

Co razi? Na pewno zbyt nachalne powiązanie dwójki agentów. Marry me, rzucone niemalże na początku filmu, wydaje się być łyżką dziegciu w beczce miodu. A gdzie dreszcz? Gdzie iskrzenie? Gdzie stopniowanie napięcia? W tym szalonym tornadzie szybkości i niebezpieczeństw hormony kłębią się wystarczająco i nie trzeba ich dodatkowo podkręcać. Pierwsze spotkanie z bohaterami winno raczej odsłonić fakt, że skrywają oni tajemnice, które warto poznać, a nie wyłożyć od razu, że teraz już będą razem. Zwłaszcza, że związek pracujących razem agentów nie zawsze rzutuje dobrze na wykonywane przez nich misje… Jest też nieco za dużo baroku w produkcji, zbyt wiele serwuje się widzom na raz, przez co można zbyt łatwo i zbyt szybko przegapić ciekawe, piękne lub po prostu dobrze zrobione fragmenty - tylko dlatego, że są sto pięćdziesiątym z serii wybuchem wulkanu. Przydałby się lekki oddech, by nasycić się wielowarstwowym pięknem produkcji.

Urzekająca bajka, w której dobro walczy ze złem, honor żołnierza ze zwykłym ludzkim poczuciem sprawiedliwości, oddanie z poświęceniem. Ciekawe rozwiązania zarówno dotyczące innych światów czy wymiarów i poruszania się po nich (spektakularny Wielki Bazar), panowania nad istotami żyjącymi (kwestia m. in. strażników) lub karności pupilów (ach! cóż to za oddanie!) budzą podziw. Historia nomadów nauki z planety, która nie istnieje, to historia wiary, nadziei i konsekwencji, która działa cuda. A sami bohaterowie? Na wskroś ludzcy, ze wszystkimi wadami, ale i zaletami naszej rasy, bawią do łez i do łez zmuszają, gdy czas podjąć im ważkie decyzje. Niebagatelne znaczenie ma też genialna muzyka autorstwa obsypanego nagrodami Alexandra Desplata oraz utwory w wykonaniu takich gwiazd jak Bob Marley, Dawid Bowie, Wyclef Jean czy I Feel Everything w wykonaniu Cary Delevingne (do której to piosenki teledysk wyreżyserował monsieur Besson).

Film dla wszystkich wielbicieli gatunku z otwartym umysłem, dla tych, którzy cenią rozrywkę lekką i przyjemną, ale i owych, którzy lubią doszukiwać się smaczków i ukrytych znaczeń. Dla lubiących szaleńcze pościgi i karkołomne akcje oraz piękno tkwiąc w szczegółach, bo Valerian i Miasto Tysiąca Planet to typowe francuskie dzieło, zapięte niemalże na ostatni guzik (bo nie wnikajmy, kto i kiedy miał problemy z blue boxem).

Korekta: osti


blog comments powered by Disqus