"Romantyczny film przygodowy z udziałem potworów"

Autor: Damia
plakat filmu "Romantyczny film przygodowy z udziałem potworów"

Muszę przyznać, że film mi się nawet podobał, gdy oglądałam go w kinie. Liczyłam, co prawda na coś innego: emocje, strach, trochę śmiechu i efekty. Ale gdy człowiek wychodzi z kina nie zawsze od razu jest w stanie stwierdzić czy dostał to, czego chciał. To się nazywa magia kina. Często nie dostrzegamy oczywistych nieścisłości, albo banalności obejrzanego obrazu. A teraz, gdy dostałam ten film w ładnym opakowaniu i zobaczyłam go po raz kolejny, czar prysł i pierwsze wrażenie znikło, równie szybko jak ... napój;) w mojej szklance.

Trudno to dokładnie opisać i nie bardzo wiem czy jest sens...Hrabia Drakula - na stałe zameldowany w Transylwanii - ma bardzo wielki i ambitny plan. Nie będę pisać jaki, bo zdradziłabym jeden z nielicznych momentów zaskoczenia w tym filmie. W realizacji jego planów pomaga mu dr Frankenstein, wilkołak, prywatny harem wampirzyc i jeszcze kilka innych postaci znanych z kultowych dziś produkcji kinematograficznych. Przeciw nim wszystkim Watykan wystawia Van Helsinga - postać o bliżej nieokreślonej tożsamości - skutecznego i niezniszczalnego pogromcę potworów. To właśnie on ma powstrzymać Drakulę, przy okazji uratować cygańską księżniczkę, którą ten pierwszy pozbawił całej rodziny... Do pomocy ma jedynie lekko roztrzepanego zakonnika-wynalazcę, który nigdy nie pracował w "terenie". W sumie tylko ta postać wyróżnia się z całego filmu. Kto by pomyślał, że odtwórca dzielnego Faramira z Władcy Pierścieni, tak ładnie się wpasuje w rolę tchórzliwego mnicha.

No dobrze...wiem, że bardzo streściłam, ale sami przyznacie, że fabuła nie jest nowością: weźmy postacie z kilku filmów, włóżmy je do jednego worka i nowa bajka gotowa. Niestety również dialogi pozostawiają wiele do życzenia. Są płytkie, pompatyczne, brak w nich życia i emocji. Albo przeciwnie - jest ich za dużo - jakby ktoś głośno krzyczał w teatrze, podczas gdy widownia już dawno wyszła... Powiecie - nie może być aż tak źle... a no nie jest. Do horroru, co prawda, tej produkcji daleko, ale ciemny i mroczny klimat udało się reżyserowi zachować. Zresztą on sam nie chciał by film stał się kolejnym horrorem, a jedynie "romantycznym filmem przygodowym z udziałem potworów". Jeśli tak na to spojrzeć to produkcja może się podobać. Efekty specjalne też są dobre, więc jeśli pominie się momenty rozterek Drakuli, film może nawet zaciekawić. Dorzućcie do tego śliczną Kate Beckinsale (w roli Anne Valerious), wykonującą niezliczone akrobacje i Hugh Jackman (jako Van Helsing) - bardziej wilczego niż w X-menach i można spokojnie, bez nerwów przejść przez cały film.

Podsumowując: Van Helsing nie sprawi, że Panowie zaczną zacierać ręce wyczekując kolejnych krwawych momentów. Nie sprawi, ze Panie uciekną w popłochu sprzed telewizora, obgryzając paznokcie. Pozwoli natomiast zrelaksować się przed snem, zapomnieć o trudach minionego dnia, nie wpływając jednocześnie na humor widza w dniu następnym. Polecam raczej kinomaniakom, a również tym, którzy "głębi" w filmie nie szukają.

Materiały powiązane:


blog comments powered by Disqus