"Martwica mózgu" po japońsku

plakat filmu "Martwica mózgu" po japońsku

Zrealizowany w 2000 roku Versus można określić jako japońską "wersję" Martwicy Mózgu i Złego Smaku. Należy jednak wątpić aby jego reżysera - Ryuhei Kitamurę - czekała równie oszałamiająca kariera jak Petera Jacksona.

Miejscem akcji filmu jest Las Zmartwychwstania - jeden z 666 portali łączących nasz świat z drugą stroną. Główny bohater, w towarzystwie przypadkowo poznanej dziewczyny, ucieka przez gęstwinę przed policją i mafią, co rusz walcząc z uzbrojonymi w pistolety zombie zamordowanych niegdyś w lesie gangsterów. Dziewczyna jest kluczem do tajemnicy, która od wieków każe spotykać się w tym miejscu kolejnym wcieleniom bohatera i jego prześladowcom. Obraz podzielony jest niejako na dwie części - w pierwszej wyskakujące spod ziemi hordy zombi pokotem rozbryzgiwane są na wszelkie strony, wdrugiej - poznajemy tajemnicę głównych bohaterów i jesteśmy świadkami pojedynku o władzę nad światem. Oglądanie pierwszej z nich nudzi się po jakiś 10 minutach, odddychamy więc z ulgą, gdy w drugiej godzinie, zombie znikają.

Wątła fabuła jest tu tylko pretekstem do ukazania hektolitrów przelanej krwi, karabinowych serii, pojedynków na miecze i walk wręcz. Wszystko zrealizowane rozpropagowaną przez Matrix techniką "bullet-time" i podlane sosem krwistego absurdu np. w postaci kamery ukazującej świat z perspektywy przestrzelonej głowy bohatera czy też scen wyrywania i zjadania serca. Zerwanie z logiką i spiętrzenie makabry (w Złym smaku jeden z bohaterów miał dziurę w czaszce, tutaj przez cały film jedna z postaci biega z odrąbaną ręką). czyni film "tak głupim, że aż śmiesznym" i chyba właśnie to pozwala "zmartwychwstać" po seansie. Nie brak tu też cytatów - od Matrixa po Nieśmiertelnego lecz, moim zdaniem, doszukiwanie się tu inteligentnej zabawy kinem, byłoby lekką przesadą. Versus to raczej pozycja dla nieco bardziej wybrednych miłośników gore, którzy chętnie obejrzą swój ulubiony gatunek wzięty w cudzysłów. Dla innych okazać się może trudnym do strawienia biciem piany.


blog comments powered by Disqus