Baśń i postmodernizm czyli co się zdarzyło w Osadzie

Zasadniczo nie znoszę postmodernizmu (zwłaszcza jako etykietki) w większości jego wcieleń, w szczególności literackich, teoretycznoliterackich i filozoficznych, ale mam wrażenie, że inaczej niż przez tę etykietkę nie da się wytłumaczyć zjawiska, jakim jest M. Night Shyamalan i jego filmy - zwłaszcza nie da się tego wytłumaczyć tym krytykom, którzy uparcie nie chcą jego filmów próbować rozumieć.

Jakiś czas temu zirytowała mnie boleśnie w "Miesięczniku" recenzja Znaków pióra bodajże Agnieszki Szady, teraz podobną frustrację przeżyłam czytając recenzję z Osady napisaną przez Annę Kańtoch.

Nie zachwycam się jakoś maniakalnie Osadą (w przeciwieństwie do Znaków), ale im dalej jestem od tego filmu - widziałam go jakoś zaraz po premierze - tym ciekawszy mi się wydaje. Zwłaszcza jak czytam takie stwierdzenia jak to, że reżyser jakoby popełniał szkolne błędy bądź też nie umiał konstruować miłosnych trójkątów. Dlatego postanowiłam zadać filmowi kilka pytań w dużej mierze na podstawie zarzutów postawionych w recenzji.

1. Potwory? Otóż pokazanie stwora w pełnej okazałości blisko początku filmu wcale nie jest - w kontekście zakończenia - „szkolnym, głupim błędem". Jest natomiast z pewnością złamaniem pewnej formuły, a właściwie nawet dwóch: tej mówiącej, że rozwiązanie zagadki powinno pojawić się na końcu filmu, i tej, która każe potwora trzymać w ukryciu, zgodnie z obserewacją Stephena Kinga, że najbardziej straszy to, co niepoznane, niedopowiedziane. Po co zatem pokazanie stwora w jednej trzeciej filmu (a może nawet wcześniej, nie liczyłam minut)? No cóż, odpowiedź jest banalna: po to, żeby zaskoczyć przyzwyczajonego do formuł widza. Problem najwyraźniej w tym, że widz nie zawsze zada sobie to pytanie i zechce poszukać na nie odpowiedzi, zadowalając się stwierdzeniem, że oto bezpieczny świat znanych mu fabularnych i warsztatowych stereotypów został naruszony i to jest złe i głupie. Tymczasem to jest podpowiedź: szukajcie gdzie indziej, nie o potwory z lasu tu chodzi.

2. Trójkąt miłosny? Zasada skontrastowanych postaci dobra jest dla powieści Jane Austen i Dziennika Bridget Jones, bo tam o to chodzi: którego z dwóch ubiegających się o jej rękę/względy panów wybierze bohaterka. Tutaj od początku wiadomo, kto jest wybrankiem - i to z wzajemnością. Gdy Lucius na początku filmu odrzuca oświadczyny (!) siostry Ivy, reżyser daje nam dwie wskazówki: po pierwsze po raz pierwszy otrzymujemy informację (sprzeczną z tym, co o obyczajowości panującej w Osadzie powinny nam mówić kostiumy i ogólnie scenografia!), że kobiety mają tu wiele do powiedzenia i daleko im do modelu wiktoriańskiego czy purytańskiego. Następnym takim znakiem będzie obecność kobiet, a zwłaszcza pozycja matki Luciusa, w radzie wioski. Po drugie dostajemy sygnał, że Lucius albo jest odludkiem i nie ma ochoty na żadne związki, albo też ulokował już gdzie indziej swoje uczucia, co szybko okazuje się prawdą. Po co zatem wprowadzać wątek zakochanego bez szans Noaha? Głównie po to, żeby umieścić tę postać w centrum wydarzeń - przecież on jest jednym z tych, którym Osada nie może pomóc wybrawszy taką drogę, jaką wybrała, a zarazem jest jedynym, którego omija klątwa związana z czerwonym kolorem - tak jakby Osada litowała się nad tym, kogo zrodziła, komu nie może pomóc, jeśli chce pozostać wierna swoim założeniom. Ale lituje się nad nim wyłącznie dlatego, że jest wariatem, a zatem nie stanowi zagrożenia jako potencjalny demaskator. Noah ma jeszcze jedną rolę do odegrania: jego zachowanie, jego nietykalność przekonuje lvy, że osoby tak czy inaczej upośledzone nie są narażone na atak istot z lasu...

3. Wyjaśnienie zagadki „Tych, o Których Nie Mówimy"? No cóż, można się spierać o to, czy nie powinno ono znaleźć się na końcu filmu, ale moim skromnym zdaniem nie. Gdyby Ivy nie znała odpowiedzi, nie zaskoczyłby jej fakt, że zostaje w lesie zaatakowana - znając rozwiązanie zagadki idzie tam, czując się bezpieczna, a tymczasem zagrożenie jednak się pojawią. Dlaczego? Dlatego, że zagrożeniem jest sama Osada i reguły przez nią narzucone - to one nie znajdują miejsca dla Noah i podpowiadają mu desperacki krok. Ponieważ, co tu dużo mówić, on jest o Ivy zazdrosny i w zazdrości tej zdolny popełniać szalone czyny, zwłaszcza że nie do końca nad sobą panuje. Choć oczywiście, zgoda, nie jest to głównym tematem filmu, a tylko jednym z istotnych dla konstrukcji fabuły wątków.

4. Dlaczego Ivy - niewidoma? Powodów jest kilka: po pierwsze wspomniana już nietykalność osób tak czy inaczej upośledzonych - to częsty motyw baśniowy. Tylko niewinny „głupi Jaś" może pokonać wszelkie niebezpieczeństwa, po części dlatego, że ich po prostu nie dostrzega bądź nie pojmuje zagrożenia. Zauważmy, że gdy w końcu zostaje zaatakowana - nie czynią tego legendarne potwory, ale drugi „głupi Jaś", który utracił niewinność pod wpływem zazdrości. Po drugie oczywiście społeczność Osady najprędzej zgodzi się na to, żeby wyprawę Do Miast podjęła Ivy, ponieważ nie tyle nie zobaczy, co kryje się w lesie, ale nie zrozumie tego, co znajdzie dalej. Jako osoba skupiona na zmyśle słuchu zapamięta dziwne dźwięki, ale nie zobaczy, co je wydaje, łatwo uzna je np. za głosy dziwacznych zwierząt.

5. Dlaczego Ivy - Ivy? Zacytuję fragment recenzji, który zirytował mnie najbardziej: „Ale, na litość boską, niewidomy oznacza też bardziej bezradny i nikt mi nie [w]mówi, że Ivy, która przez całe swoje dotychczasowe życie nie przekroczyła granicy osady, potrafi przejść przez lasy i wrócić bezpiecznie." Po pierwsze recenzentka wpada tu we własną pułapkę: chciałaby mieć niewyjaśnione tajemnice potworów z lasu, a zarazem domaga się realizmu... Ale nie w tym rzecz. Odpowiedź na pytanie, dlaczego czy w jaki sposób Ivy potrafi przejść przez las, dotrzeć do „Miast" i wypełnić swoją misję, jest prosta jak budowa cepa: lvy tak bardzo kocha Luciusa, że jest zdolna do wszystkiego, byle mu pomóc. Znowu, mamy tu do czynienia z logiką baśni, jako że to właśnie musimy przyjąć jako jeden z najważniejszych wzorców intepretacji Osady. Tylko Ivy zdoła przejść przez las, ponieważ jej motywacja jest silniejsza od lęku i uprzedzeń. Tu okazuje się, że Ivy i Noah to nie elementy trójkąta, ale dwie strony tej samej monety: oboje upośledzeni, oboje do szaleństwa zakochani, zdolni poświęcić wszystko dla ukochanej osoby, z tym że Noah jest cieniem Ivy (zapewne fakt, że on jest szalony, a ona niewidoma, ma symboliczne znaczenie: jej niewinność jest pełniejsza, nieskażona w zarodku; on wprawdzie jako szaleniec jest symbolicznie poza dobrem i złem, ale mimo to popełnia czyny w społeczności uważane za złe) i dlatego zostaje w pewnym sensie pożarty przez potwory. Musi umrzeć z tego samego mitycznego powodu, z którego musiał we Władcy Pierścieni zginąć akurat Boromir: nie dlatego, że jest zły, ale dlatego, że za daleko zabrnął w mrok. Swoją drogą, ciekawe czy autorka recenzji równie realistycznie jak do szans Ivy na przejście przez las podchodzi do możliwości przebrnięcia przez Mordor akurat przez Froda? Z punktu widzenia symboliczno-mitycznego mamy tu do czynienia dokładnie z takim samym modelem.

6. Przesłanie filmu? Zgoda, ono jest. Chociaż nie nazwałabym go „pytaniem o cenę za niewinność", ponieważ w ogromnej mierze jest to film o utracie niewinności. Ba, nie jestem pewna, czy projekt oparty na takich założeniach, kiedykolwiek posiadał prawdziwą niewinność. Nazwałabym je raczej pytaniem o możliwość realizacji utopii i sensowność utopijnych pomysłów - i jeśli cenę, to właśnie marzeń i ich realizacji. I moim zdaniem dobrze, że film kończy się tam, gdzie się kończy, z pytaniami „co dalej" pozostawionymi w zawieszeniu. Być może zadadzą je dopiero dzieci Ivy i Luciusa, być może już ci dwoje. A może nawet ktoś ze starszyzny. W każdym razie te pytania już wiszą w powietrzu, nie tyle o niewinność, co o prawo do decydowania o cudzych losach, nawet (zwłaszcza?) gdy chodzi o własne dzieci.

7. Wniosek. Osada jest baśnią. Ta konkretna fabuła została wymyślona w XXI wieku, ale niektóre jej elementy - te stanowiące symboliczno-mityczny kościec - są stare jak nasza ludzka kultura, podczas gdy inne - bardziej szczegółowe - przynależą do naszych czasów. Jeśli patrzymy na Osadę realistycznie, to być może to i owo się sypie, ale przecież to jest Miesięcznik Klubu Fantastyki, więc powinniśmy być otwarci na inne perspektywy. Problem w tym, że schemat baśni łatwo dostrzec wśród nibyśredniowiecznego rycerstwa i smoków niż w świecie, który zdecydowanie za bardzo przypomina nasz własny. Ale mamy tu wszystkie elementy klasycznej baśni magicznej: zakłócenie porządku świata (choroba Luciusa wywołana złamaniem zasad rządzących Osadą - został zaatakowany przez inną osobę należącą do społeczności), pozornie pozbawionego szans bohatera (Ivy), pomocników, wędrówkę na koniec świata/do obcej krainy, przeciwników i próby, wreszcie powrót z magicznym artefaktem i z wiedzą o sobie i świecie zdobytą podczas wyprawy. No i przede wszystkim logika fabuły okazuje się nienaganna i wszystko wskakuje na swoje miejsce. Wystarczy tylko niewielka zmiana perspektywy, a widz nie wychodzi z kina rozczarowany ani oszukany.

8 a raczej Koda lub PS. A konstrukcja trailera i słynne „nie zdradzajcie znajomym zakończenia, ONI tego nie lubią"? No cóż, zaczęłam od postmodernizmu, więc na postmodernizmie zakończę: to po prostu zabawa reżysera z widzami i z naszym stereotypowym myśleniem. Kto bowiem powiedział, że ONI to „Ci, o Których Nie Mówimy"? Przyznajmy, że większość z nas (a zatem i naszych znajomych) nie lubi spojlerów...



blog comments powered by Disqus