"Rekiny wojny" - recenzja filmu

Autor: Korni

Boże, błogosław Amerykę! 

Handel bronią przynosi potężne dochody. To wielki biznes: świat grubych ryb i szemranych interesów. Widmo finansowego sukcesu, nawet w perspektywie przelania krwi bezbronnych cywilów, potrafi omamić. W końcu nikt nie popiera wojny, ale zysk owszem.

Efraim Diveroli (Jonah Hill) jest pewnym siebie, ale i niekonwencjonalnym, obrotnym biznesmenem. Przyjeżdża do rodzinnego Miami, aby rozkręcić interes. W swój projekt wciąga przyjaciela z dzieciństwa – Davida Packouza (Miles Teller). David jest zupełnym przeciwieństwem Efraima: poczciwy marzyciel, a do tego czynny pacyfista (co wcale nie przeszkadza mu wejść w biznes szmuglowania broni do Bagdadu). Tworząc bezprecedensowy duet z zapałem i nadzieją na wielki zarobek, rozkręcają handel militariami na międzynarodową skale.

Fabuła dość szybko przenosi nas w świat dużych pieniędzy, ton broni i akcji pościgowych pod ostrzałem. Już pierwsze zamówienie chłopaków okazuje się prawie nie do zrealizowania: osobiście muszą przewieźć towar przez państwo w stanie konfliktu zbrojnego. Miliony, które trafiają na ich konta, nie pomagają odwieść ich od kolejnych, nie do końca legalnych transakcji. Efraim nie przejmuje się takimi szczegółami, jak uczciwość wobec kontrahentów czy etyka w działaniach firmy. Co innego David, który nie jest całkowicie przekonany do takiego postępowania. Przed porzuceniem przyzwoitości chroni go nie tylko zdrowy rozsądek, ale także jego dziewczyna Iz (Ana de Armas), bacznie czuwająca nad uczciwością Davida. Jak łatwo przewidzieć, związek tych dwojga stanie pod znakiem zapytania.

Duet głównych bohaterów to trzon filmu. Jonah Hill ma na swoim koncie brawurowe role (między innymi w Wilku z Wall Street) i ponownie daje się poznać widzom jako charyzmatyczny aktor. Jego przesadna ekspresyjność stwarza komiczną, ale wiarygodną postać szalonego, żądnego pieniędzy i władzy cwaniaka. Z kolei dla Milesa Tellera Rekiny wojny są idealnym uzupełnieniem jego dotychczasowego portfolio – do tej pory oglądaliśmy go głównie w nieudanych produkcjach młodzieżowych (seria Niezgodna czy film Ten niezręczny moment). Po zabłyśnięciu w oscarowym Whiplash, udział w solidnej czarnej komedii jest przedłużeniem jego aktorskiej dobrej passy.

Film Todda Phillipsa, twórcy humorystycznej trylogii Kac Vegas, nie jest bowiem komedią w pełnym tego słowa znaczeniu. Rekiny wojny to obraz o zabarwieniu dramatycznym. Ciężki temat wojny został co prawda ubrany w kolorowe piórka, ale nie ujmuje mu to klimatu grozy i przerażenia. Interesy na najwyższym szczeblu wymagają nie tylko twardych nerwów, ale i elastycznego kręgosłupa moralnego, a wchodzenie w rywalizację z potentatami nie zawsze bywa fair. Na każdym kroku młodzi biznesmeni mogą dostać kulkę w łeb, o czym David przekonuje się na własnej skórze. Reżyser nie tylko odkrywa przed widzami kulisy brutalnych koneksji biznesowych i politycznych, ale pokazuje także koszmar wojny. Bezkresne, usłane ciałami ofiar konfliktów zbrojnych pustynie Iraku czy zniszczone miasta Albanii świetnie kontrastują z opływającym w przepych Miami. To właśnie dzięki zarobkom na tych smutnych obrazach bogaci tego świata – w tym i nasi bohaterowie - podziwiają panoramy ze swoich luksusowych apartamentów. Gorzką groteskowość takiego stanu rzeczy uwypukla świetna ścieżka dźwiękowa: ponadczasowe przeboje nadają satyryczności najbardziej poważnym momentom filmu, jak chociażby pakowanie wielkich naboi w starym, albańskim magazynie. Philips nie cacka się z widzem, nie serwuje mu łatwej i prostej komediowej rozrywki. Efraim i David nie są bohaterami naszych czasów, nie zostali podstępem wciągnięci w nielegalne interesy. Ten sposób na życie wybrali z własnej nieprzymuszonej woli. Widz od początku czuje, że w swoim czasie karma do nich wróci.

Historia opowiedziana w Rekinach Wojny wydarzyła się naprawdę. Dwóch przyjaciół wykorzystało lukę w prawie i doszło do milionowego kontaktu z Pentagonem. Ich wizerunek został w filmie trochę osłodzony: chociażby romantycznym wątkiem Iz i Davida, który zmiękcza nam obraz postaci. Panowie w realnym świecie byli bezwzględni i bezczelni: nie przejmowali się przepisami dotyczącymi handlu bronią, ani jakością militariów. Dwudziestoparolatkowie cieszyli się ze swoich milionów na koncie, dopóki prasa nie zainteresowała się ich działalnością. Dopiero wtedy amerykański rząd wziął pod lupę ich firmę. Jakkolwiek nieprawdopodobnie brzmi historia, za którą wziął się Philips, to jest ona prawdziwa, co tylko potwierdza tezę, że to życie pisze najlepsze scenariusze.

A jak wygląda przeniesienie życia na filmową taśmę? Podsumowując: hollywoodzko, ale zaskakująco udanie. Psychologia postaci, prawnicze niuanse, finansowe manipulacje, gangsterskie porachunki – to wszystko czyni fabułę intrygującą. Nawet jeśli odwzorowanie postaci z żyjącymi pierwowzorami nie jest perfekcyjne – co jest głównym zarzutem pod adresem najnowszej produkcji Phillipsa – to na niedoskonałości tak wciągającej interpretacji rzeczywistości można przymknąć oko. Reżyserowi udało się stworzyć film, który nie przytłacza nas swoją tematyką, dając tym samym widzowi niezobowiązującą rozrywkę. Choć gdzieś w tle rysuje się nam piekło wojny, to świadome skupienie na głównych postaciach i losach męskiej przyjaźni pozwala nam wyjść z kina w dobrym nastroju. 

Korekta: Agnieszka Bukowczan-Rzeszut


blog comments powered by Disqus