Ziemia przystąpiła do wojny

plakat filmu Ziemia przystąpiła do wojny

11 września 2001, 11 marca 2004, 7 lipca 2005. Te daty wszyscy dobrze znamy i zapamiętamy na bardzo długo - one stworzyły nową historię. A 8 lipca w polskich kinach pojawił się obraz Stevena Spielberga Wojna światów. Wymowny tytuł, obrazujący to, co właściwie dzieje się we współczesnym świecie. Nie chodzi tu o pozaziemskie cywilizacje, lecz raczej o "światy", które są obok nas, na Ziemi i toczą nieustanne boje ze sobą - jak choćby świat islamu, kraje arabskie, wojna Ameryki z Irakiem, terroryzm szerzący się we wszystkich państwach i pochłaniający niewinnych ludzi.

Na Wojnę światów szłam do kina jak na zwykły film. Wiedziałam jednak, że to nie tylko kolejna amerykańska produkcja - to raczej wydarzenie kinowe -reklamowane już od dawna, na długo przed premierą. Wiedziałam, że to może być jeden z najważniejszych tegorocznych filmów-zaraz  po Gwiezdnych Wojnach. I nie myliłam się.

WojnaŚwiatów oparta jest na powieści Herberta G. Wellsa (a właściwie to ociera się o tę opowieść, nie jest jej wierna). Książka doczekała się już wcześniej kilku adaptacji, dziś to obraz zaliczany do klasyki science-fiction. Wojna światów to historia bitwy o przyszłość rasy ludzkiej, bitwy wdzianej oczyma jednej rodziny, walczącej o przetrwanie. Tom Cruise gra Roya Ferriera, rozwiedzionego pracownika portowego i nie najlepszego ojca, który ma spędzić weekend z dwojgiem swych nastoletnich dzieci. Nieoczekiwanie w okolicy rozpętuje się dziwna, potężna burza, a w pobliżu domu Ferriera spod ziemi wyłania się niezwykła maszyna, która niszczy wszystko, co spotka na swojej drodze. Zwykły dzień staje się początkiem wojny, rozpętanej przez potężne istoty spoza naszego globu. Przerażony Ray wraz z dziećmi próbuje uciec przed coraz liczniejszą armią. Ale gdziekolwiek uciekają, Ray nie może znaleźć bezpiecznego miejsca, by uchronić tych, których kocha, bo każde miejsce na Ziemi jest bezlitośnie atakowane...

Tak można streścić film - niby banalna fabuła, historia wiele razy opowiedziana. Pojawia się motyw rozbitej rodziny - to jeden z osobistych wątków Spielberga, bowiem sam przeżył traumę rozwodu rodziców. Ale to nie jedyny prywatny akcent Stevena. Kolejne to: lęk przed wodą czy pająkami, klaustrofobia, czy nawet drobiazg dla wielu z nas niezauważalny - dźwięk powodowany przez gałęzie drzewa uderzające nocą o okno.

Istoty pozaziemskie atakowały nas już nie raz z ekranu (np. Najeźdźcy z Marsa, Marsjanie Atakują), jednak ja dostrzegam w tym filmie coś innego. To, na co zwróciłam uwagę i co mnie zaskoczyło to, że z ekranu nie pada ani razu słowo kosmita. Istoty charakteryzowane są jako ONI, a czasem NAJEŹDŹCY - nigdy, nikt z bohaterów nie nazywa ich kosmitami. Zastanawiam się, dlaczego, i dochodzę do pewnego wniosku. Może tak naprawdę Spielbergowi nie chodziło o pokazanie kolejnego filmu o kosmitach - barbarzyńcach, którzy atakują naszą planetę. Może Ci ONI mają być uniwersalni, że Wojna światów - to niekoniecznie wojna między Ziemią, a innymi planetami - to może być wojna światów naszej Ziemi: wojna państw, wojna wyznań, religii czy ras. Czyż właśnie tego nie doświadczamy?

To, co się teraz dzieje to nic innego jak wojna między światami, których tak naprawdę nie znamy i boimy się poznać. Bez wątpienia pojawia się obawa przed kontaktem z inną cywilizacją, niezrozumianą obcą kulturą - ale niekoniecznie pozaziemską. Myślę, że Spielberg, dlatego właśnie nie użył w filmie słowa kosmita - żeby nie szufladkować projektu i nie zniżać go tylko do poziomu kolejnej produkcji o kosmitach - chciał nam przekazać coś więcej. Nie wiem, może się mylę - ktoś może powiedzieć, że nie musiał nazywać rzeczy po imieniu - bo przecież to jest normalne i widać, czym są ONI. Być może, ale ja mam taką teorię i może coś w niej jednak jest?

Zatrzymując się na tych istotach. Ktoś w jakiejś recenzji napisał, że przypominają mu one wielkie, chodzące grille. Gdy po raz pierwszy zobaczyłam to coś na ekranie, a także w późniejszych sekwencjach, przypomniały mi się surrealistyczne obrazy Salvadora Dali, na których przedstawiane są słonie na długich nogach, (co prawda maszyny mają trzy nogi, a słonie cztery). Maszyny przypominały nie tylko z wyglądu te słonie - ale wydawały dźwięki podobne do ich odgłosu - trąbienie.

Spielberg buduje niewiarygodny klimat strachu, gęstniejący gwałtownie i utrzymujący się przez cały film jak mgła. Zaskakuje również brutalny i niesamowity realizm scen. Naturalistyczne, niemal paradokumanetlane, zdjęcia autorstwa Janusza Kamińskiego. Na uwag zasługuje także bardzo dobra kreacja Dakoty Fanning grającej córkę Raya. To dziecko ma w sobie niesamowity potencjał, i naturalność. Jej krzyki i piski doprowadzają niejednokrotnie do granic wytrzymałości i budzą prawdziwe przerażenie, a jej niesamowicie niebieskie oczy przemawiają do widza lepiej niż niejeden obraz. Spielberg pokazuje strach, ucieczkę, panikę wielu ludzi. Ukazuje to, do czego zdolni jesteśmy w akcie desperacji, w walce o życie.

Całość spaja oczywiście klasyczny motyw przemiany bohatera, staje się kochającym ojcem i zaczyna rozumieć swoje błędy, które stara się naprawiać. I choć momentami to sentymentalne kino rodzinne ociera się o kicz, w dobie dzisiejszych czasów i wydarzeń warto wybrać się do kina, bo to film trochę o tym, co właśnie się dzieje na świecie.


blog comments powered by Disqus