Alien kontra... Euglena zielona

Autor: Damia
plakat filmu Alien kontra... Euglena zielona

Wybierając się do kina na Wojnę Światów nie liczyłam na nic konkretnego. Książki nie czytałam, więc nie miałam żadnego wyobrażenia. Miało to być 110 min. wypoczynku, krótkie wakacje od pracy i codziennych obowiązków. Trailer wydawał się ciekawy i interesujący, ale właśnie takie powinny być trailery. Zależało mi tylko na jednym – aby filmu nie schrzanili... No i stało się...

W Wojnę światów wprowadza nas obraz przedstawiający pantofelka i inne organizmy z gatunku pierwotniaków oraz dźwięk głosu Morgana Freemana, mówiącego ni mniej ni więcej, że nasza planeta jest pod stałą obserwacją i że nie jesteśmy sami we wszechświecie. Następnie poznajemy Ray’a Ferriera – pracownik stoczni, rozwiedziony, niezbyt przykładny ojciec. Przez weekend przyjdzie mu opiekować się buntowniczym nastoletnim synem (...) oraz kilkuletnią córką, podczas gdy jego „eks” z nowym wybrankiem odwiedzać będzie rodzinę w Bostonie.

O ile u niego widać jako taki entuzjazm, o tyle dzieciakom pomysł zostania z ojcem wcale się nie podoba. W sumie, nie ma się czemu dziwić – mieszkanie Ray’a przypomina raczej chlew, a i jego podejście do dzieci pozostawia wiele do życzenia. Dramat rodzicielski zostaje wkrótce zakłócony przez niespotykane zjawisko, które nagle się pojawia nad miastem. Kłębiaste chmury na niebie dają początek burzy – grzmoty i błyskawice oraz silny wiatr przyciągają uwagę okolicznych mieszkańców, niosąc ze sobą bliżej nieokreślony niepokój. Wkrótce zanika prąd,przestają działać telefony i samochody. Ludzie wychodzą z domów i, kierowani głównie ciekawością, zmierzają w stronę centrum zjawiska. Następuje fala trzęsień ziemi, w wyniku których na powierzchnię wyłania się nieznana gigantyczna maszyna na trzech nogach i,za pomocą świetlistych laserów, niszczy wszystko co napotka. W tym momencie wszystko staje się jasne...przynajmniej dla widza. Naszą planetę zaatakowali przybysze z innej planety, którzy, jak się później dowiadujemy, pozostawili tu swoje maszyny zakopane w ziemi jeszcze przed powstaniem homo sapiens. Obserwowali nas i najwyraźniej zmęczeni już czekaniem postanowili nas wykończyć - jednego po drugim. Przerażony Ray powraca do domu po dzieci i postanawiauciekać jak najdalej od zagrożenia kierując się do Bostonu, gdzie ma nadzieję znaleźć byłą małżonkę.

Jesteśmy świadkami przemiany głównego bohatera, widzimy jak z beztroskiego kawalera wyłania się opiekuńczy ojciec, trochę nieporadny, ale mający za najważniejszy cel uchronić dzieci od zagłady. Nie przyjdzie mu to łatwo, gdyż syn przejawia irracjonalną wręcz chęć walki z obcymi, a córka coraz mocniej zaczyna odczuwać skutki klaustrofobii i naturalnego dziecięcego przerażenia. Jednak gdy cała ta moralna ewolucja trwa coraz dłużej i dłużej, film zmierza ku końcowi, a najeźdźcy po kompletnym zniszczeniu wielkich aglomeracji miejskich przystępują do „nawożenia” gleby ludzką krwią, widz zaczyna się zastanawiać – „Kto u licha wygra tą wojnę, no bo przecież nie obcy?” Wojna Światów kończy się za jakieś 10 min. a tu nagle „trójnogi” zaczynają się kruszyć, ich pola siłowe nie działają dzięki czemu nieefektywna do tej pory broń ludzka może zadać ostateczny cios i zniszczyć wroga. Ray dociera do swojej „byłej”, która w nienaruszonym domu czeka na przybycie jego i córki ...oni przegrywają, my wygrywamy. Dlaczego? To wyjaśnia nam na koniec, ze stoickim spokojem, głos Morgana Freemana, przypominający o istnieniu eugleny zielonej i spółki.

Tak – zdaję sobie sprawę, że na koniec mocno wszystko zironizowałam, ale uważam, iż inaczej nie można. Film zapowiadał się dobrze, a jednak udało się go schrzanić. Być może reżyser pragnął obcych potraktować jedynie jako przykład zagrożenia – swoisty symbol, pokazać nam, że nawet coś tak małego i nieistotnego jak pierwotniaki mogą przyjść z pomocą, byśmy docenili to co mamy i żyli wszyscy w harmonii, jednak tak wiele czasu poświęcił pokazaniu emocjonalnych zmian bohaterów i ich dramatu, że przesłanie zginęło gdzieś po drodze.

Można pochwalić film za kilka momentów, które faktycznie zaskakiwały: przejeżdżający nagle przez miasto płonący pociąg, obcy używający ludzkiej krwi do „nawożenia” ziemi – pomysł wykonany bardziej niż poprawnie. Również za budowanie napięcia, bo faktycznie odczuwa się je w trakcie oglądania filmu. Ale myśli, że „to już kiedyś widzieliśmy” pojawiają się niestety jeszcze częściej. Choćby wspomniany wcześniej pomysł uczynienia z ludzi nawozu. Wachowscy już o tym pomyśleli – w Matriksie byliśmy bateryjkami. Jedyna różnica polega na tym, że w Wojnie światów to obcy wyhodowali sobie ludzi, o czym ci nie wiedzieli ani na co nie mieli wpływu. Natomiast Matriksa załatwiliśmy sobie sami goniąc za coraz to nowszą technologią, która to w końcu postanowiła się przeciwstawić. Również „Trójnogi” już widziałam – w kreskówce Liga sprawiedliwych, którą można jeszcze zobaczyć na Cartoon Network. Kosmitów niemal przeniesiono z Dnia niepodległości - te same powiększone na kształt patelni głowy i cienkie kończyny. Ale szczytem wszystkiego była scena jak Toma Cruise’a, odtwórcę Ray’a, wsysała maszyna by uczynić z niego nawóz – niemal się popłakałam – od razu przypomniał mi się Head&Shoulders i David Duchovny w Ewolucji. Zgadza się - ostatnio powtarzalność w filmach jest plagą. Wyobraźnia scenarzystów Wojny światów pojechała na wakacje i bynajmniej nie na inną planetę.

Pomysł na wyparowanie ludzi po zetknięciu z wiązką kosmicznego lasera był całkiem zmyślny, zaoszczędził przynajmniej producentom zatrudniania niezliczonej ilości statystów. Trzeba było zdobyć jedynie masę odzieży, by mogła fruwać na ekranie, ale ciuchoteksów pewnie i w Stanach nie brak. Z drugiej jednak strony razi niekonsekwencja - , skoro obcy zamieniali ludzi w proszek to dlaczego nagle zaczęli ich zbierać?? „Spyłkowali” niezliczone ilości ludzi - zmarnowali hektolitry nawozu. Nie widzę w tym większego sensu.

Prawdą też jest , że filmie ani razu nie pada słowo kosmita, czy obcy. Pytanie tylko czy to takie istotnie. Rozumiem, że te określenia ostatnio często pojawiają się w kinematografii i przez co mogą przywodzić na myśl konkretne wyobrażenia. Ale nie oszukujmy się. Nawet jeśli Spielberg nie chciał zrobić kolejnego filmu o kosmitach, to zrobił go i nic biedaczek na to nie poradzi. Za jakiś czas film wyjdzie na DVD i utknie na półce pomiędzy innymi tego typu produkcjami Jak Marsjanie atakują czy wspomniany już Dzień Niepodległości. Wielką tajemnicą pozostaje jednak dla mnie dlaczego niepokonane przez ludzi istoty padają jak muchy w kontakcie z mikroskopijnymi ziemski stworzonkami. Pomijam już fakt, że pomysł pojawił się tak nagle jak niesamowita burza w filmie, nie został w żaden sposób wytłumaczony ani rozwinięty stając się przez to wręcz niemożliwym do zaistnienia. Nie jestem naukowcem, ale wszystko wskazywało na to, ze maszyny obcych nie są stworzone z materii, a już na pewno nie ich pole ochronne, którego nie mogła przeniknąć żadna ludzka broń. Aż tu nagle zaczynają się kruszyć... Objawy widzimy jeszcze przed końcem filmu, choć nie znamy ich przyczyny. Powód podano nam na deser. I teraz pytam, czy to możliwe by bezbronny pantofelek, czy euglena zielona mogły wyrządzić takie szkody zaawansowanej technice i to zaledwie w jeden dzień?? Już łatwiej jest uwierzyć w moc szamponu czy komputerowego wirusa. A może producenci mają nadzieję nakręcić preguel przy współpracy z Discovery Chanel pokazujący na czym polega fenomen pierwotniaków?

Osobny akapit wypada poświęcić odtwórcom głównych ról. Nie mam zamiaru jakoś mocno krytykować aktorów, choć zbliżenia co rusz łzawiącego Cruise’a mogą się znudzić po 30 min. (...) Dakota Fanning (w roli córki) świetnie się sprawiła i zapowiada się na to, iż jesteśmy świadkami narodzin przyszłej hollywoodzkiej gwiazdy. Co do Justina Chatwina (syn) to jego buntownicza w filmie dusza była tak buntownicza, że czasem mdliło. Pomijam już fakt, że sam pomysł żądnego wstąpienia do wojska nastolatka wydaje się nienaturalny, bo w rzeczywistości każdy widząc dziejące się wkoło okropności, uciekałby na złamanie karku obierając zupełnie przeciwny kierunek. Fakt, iż zniknął z ekranu na ponad połowę filmu i tajemniczo ocalały pojawił się na jego końcu dowodzi jedynie, że scenarzysta nie bardzo wiedział co z nim począć. Nie chodziło w filmie bowiem o pokazanie kolejnego Willa Smitha kopiącego tyłki kosmitom. Chłopak musiał więc teleportować się do domu matki wraz z całym swoim arsenałem chęci walki z obcymi. Natomiast zaskoczyło mnie niezmiernie pojawienie się na ekranie Tima Robbinsa. Jego rola w filmie z początku nie była do końca zrozumiała. Sądziłam, że jego szaleństwo przybierze inną postać, że po utracie najbliższych będzie chciał zabić Cruise’a i zaopiekować się małą Dakotą - w której mógł upatrywać własnej córki. Wówczas walka obu panów wydawałaby mi się bardziej uzasadniona. A tak...Robbins okazał się starszą wersją syna Ray’a, chcącego bawić się w partyzanta. W ten sposób reżyser mógł wystawić na próbę człowieczeństwo głównego bohatera, zmuszonego do zabicia wyżej wymienionego. Wzruszenie odbiera mowę każdemu kto widzi jak po raz kolejny „tatuś” zasłania oczy dziewczynce nie chcąc by patrzyła na okropieństwa świata.

Nie można przejść obojętnie również obok wizerunku ludzkich zachowań jaki zaserwował nam reżyser w tym filmie. O ile da się zrozumieć motywy, jakimi kieroał się główny bohater - dbał o siebie i swoją rodzinę więc unikał uczęszczanych dróg by nie napotkać ewentualnych ofiar, którymi też musiałby się zaopiekować, to patrząc na zachowanie pozostałej części naszego gatunku, przypomina się od razu tekst z Facetów w czerni gdy to Tommy Lee Jones mówi do Willa Smith’a "Inteligentne bywają osoby - ludzie to durne, płochliwe i niebezpieczne zwierzęta”. Właśnie takimi pokazał nas Spielberg. W zetknięciu z nieznanym lub z jakimś zagrożeniem - zamieniamy się w bezmyślne bestie i po trupach ratujemy własną skórę. Chciał się jednak zrehabilitować i wrzucił kilka scenek, jak to np. Cruise chce pomóc pojawiającej się znikąd znajomej z córką, albo jak nieznani ludzie widząc Rachel (córka) bez opieki postanawiają ja zabrać z niebezpiecznego miejsca. To jednak nie zmienia wizerunku jaki oglądamy w scenie w porcie, gdy ludzie jak hieny rzucają się na samochód bohatera, i potem na siebie nawzajem, nie unikając używania przy tym broni palnej.

Można by długo wymieniać braki tego filmu, niekonsekwencje i zapożyczenia, czy jednak mimo to warto zobaczyć Wojnę światów? Jeśli ktoś lubi filmy nafaszerowane efektami specjalnymi, względnie Toma Cruise’a – powinien to obejrzeć. Dodatkowo przez większość czasu obraz trzyma w napięciu, a tego niestety nie można powiedzieć o wielu obecnych filmach. Natomiast sama fabuła z pewnością rozczaruje, a już na pewno jej koniec. Widzę w tym tylko jeden plus – z kina wyszłam z uśmiechem na twarzy, bawiąc się jednocześnie w wymyślanie równie zabawnego zakończenia... Następnym razem będzie Alien i Predator kontra ...biedronka pospolita.


blog comments powered by Disqus