Trafiony, trafili machinę! - "Wojna Światów" okiem pasjonata

Autor: Wolvie
plakat filmu Trafiony, trafili machinę! - "Wojna Światów" okiem pasjonata

Od lat jestem wielkim miłośnikiem Wojny Światów. Wszystko zaczęło się od pamiętnego komiksu w czwartym numerze magazynu Alfa. To nic, że rysunki były pokraczne, ze źle zastosowaną perspektywą. Komiks miał niewiarygodną atmosferę, a wizja machin marsjańskich tam przedstawiona na długo pozostała najlepszą jaką znałem. Samą powieść przeczytałem dopiero po komiksie, a potem poszło już z górki. Musical Jeffa Wayne'a, audycja radiowa Wellesa, książka „Echa Wojny Światów”, pierwsza ekranizacja, a nawet polski film Wojna Światów: Następne stulecie wywarły na mnie niebagatelne wrażenie. W chwili obecnej do tej niesamowitej kolekcji doszły jeszcze 3 filmy. Mało kto, bowiem wie, że w momencie, gdy na ekrany kin trafiał najnowszy film Spielberga, już od miesiąca można było oglądać niskobudżetową ekranizację ze studia Pendragon Pictures oraz dramatycznie żałosny film telewizyjny. Do tej pory nie udało mi się zdobyć tylko serialu telewizyjnego ale i ten moment w końcu nastąpi. Mą pasję związaną z książką Wellsa postanowiłem przekuć na realia gier RPG. Jakież było moje zdumienie, kiedy okazało się, że nad podobnym projektem pracują już Michał Oracz i Marcin Blacha. Postanowiliśmy połączyć nasze siły. Do dziś dnia projekt nie został ukończony, choć gotowych materiałów jest na co najmniej 200 stron podręcznika.

Co do Wojny Światów w wydaniu Spielberga, to przyznam, że od samego początku byłem zafascynowany projektem. Niestety w chwili, w której zobaczyłem pierwszy zwiastun poczułem się straszliwie rozczarowany. Nie wiem dlaczego, ale liczyłem, że dostanę wierną adaptację książki, w której straszliwe machiny będą pustoszyć angielskie wzgórza na przełomie XiX i XX wieku. Przeniesienie akcji w wiek XXI było dla mnie niezrozumiałe. Postanowiłem jednak śledzić wszelkie dalsze doniesienia. Udało mi się nawet dostać do programu dla webmasterów i uzyskać dostęp do materiałów promocyjnych filmu. Niestety kolejne zdjęcia i zwiastuny utwierdzały mnie w przekonaniu, że film okaże się cukierkowatą historią familijną z wojną w tle. W zwiastunach trudno się było dopatrzyć słynnego „snopa gorąca”, o machinach nie wspominając. Na film szedłem z mieszanymi uczuciami, prawdę mówiąc nastawienie miałem negatywne. Do momentu, gdy z ziemi wyłoniła się pierwsza machina film był przeciętny. Jednak teraz mogę powiedzieć to śmiało – machiny marsjan, nigdy, ale to przenigdy, nie wyglądały lepiej. To co pokazał Spielberg to absolutna rewelacja. Ja chcę swoją własną machinę! Do tego jest snop gorąca w wydaniu, może nie stricte Wellsowskim, ale jest.

Sam film jest doskonale skonstruowaną historią samotnego człowieka w obliczu nieprzewidywalnego żywiołu, jakim w tym wypadku są marsjanie. Jest kilka momentów w filmie, w czasie których naprawdę się bałem. Udzieliło mi się uczucie przerażenia i zagubienia, towarzyszące głównym bohaterom. I choć od początku wiedziałem, jak skończy się ta historia, nie zmniejszało to towarzyszących projekcji emocji.

Niestety nie udało się uniknąć kilku różnorakich błędów. Strasznie denerwujący był sposób dostarczenia kierujących machinami obcych, a pomysł, jakoby machiny leżały od wieków pod ziemią jest tak bzdurny, że aż boli. Bardzo irytująca jest też scena z impulsem elektromagnetycznym, który spowodował uszkodzenie wszystkich urządzeń elektrycznych. To, że głównemu bohaterowi wysiadł zegarek można jeszcze zrzucić na karb tego, iż był napędzany bateryjką. Ale za diabła nie wiadomo, jak mogła działać zwykła kamera wideo. Odpowiedzią może, być stwierdzenie, że padły tylko te urządzenia, które akurat były podłączone do źródła prądu. Stąd działające później baterie, czy latarki. Kolejny idiotyzm to scena z pociągiem. Nie ma fizycznej możliwości, żeby podpalony od zewnątrz pociąg ciągle jechał, płonąc od środka. Poza tym tory, po których jechał nie miały trakcji powietrznej, a ten typ pociągów akurat z niej korzysta. Nie zmienia to faktu, że scena jest ukłonem w stronę miłośników starej gry komputerowej, gdzie pierwszą sceną był atak machiny na pociąg. Pomimo swej głupoty, ta scena robi piorunujące wrażenie i ciągle się podoba. Wywołuje przerażenie i panikę, a o to właśnie chodzi. O pomstę do nieba woła również szarża lekkiej brygady, czyli starcie armii z machinami. I choć może się  podobać, to sensu nie ma za grosz. Helikoptery atakujące z bezpośredniej bliskości i latające stadami to naprawdę przesada. Jednak największy śmiech budzi moment, gdy zza wzgórza wyjeżdża elegancką tyralierą kilka płonących Humvee. Już widzę dzielnych kierowców płonących samochodów, którzy prowadzą je w eleganckim szyku w czasie ucieczki.

Osobiście byłem bardzo zawiedziony wyglądem obcych. W scenie, gdy do piwnicy wjeżdża „wizjer” z machiny wyraźnie widać nawiązania do filmu z lat 50. Zdaję sobie sprawę, że Spielberg nigdzie nie mówi, że za inwazją stoją marsjanie, ale bardzo mnie martwiło, że obcy biegają sobie niczym sarenki w naszej grawitacji i penetrują radośnie teren. U Wellsa były to wielkie ociężałe stwory, a tu mamy coś a’la Dzień Niepodległości.

Pomimo tych mankamentów, film ciągle się broni. Czuć w nim atmosferę paniki, kompletnego zagubienia i dezinformacji. Krążące pomiędzy ludźmi plotki na temat tego co dzieje się na świecie tylko zwiększają niepewność. Wiele osób będzie miało za złe, że film kończy się happy endem. Niemniej u Wellsa wszystko również kończy się dobrze.

Po projekcji długo jeszcze wyłapywałem błędy w filmie, ale negatywne nastawienie gdzieś umknęło. To ciągle jest wielka historia, którą będzie się pamiętać. Paradoksalnie udało się Spielbergowi przenieść ducha powieści w nasze czasy, a to zasługuje na prawdziwe uznanie.


blog comments powered by Disqus