Z legendą wygrywa się rzadko

plakat filmu Z legendą wygrywa się rzadko

W przypadku Strażników ciężko jest uciec od krytyki porównawczej, często niesprawiedliwie odnoszącej filmową ekranizację do jej literackiej podstawy. Dzieje się tak z dwóch powodów: po pierwsze, komiks Alana Moore’a jest dla rozwoju powieści obrazkowych tym, czym Obywatel Kane dla kinematografii. Snyderowi przyszło się więc zmierzyć z legendą, a jak uczy historia najnowsza: z legendą wygrywa się co najwyżej rzadko (wystarczy przypomnieć sobie blamaż millerowskiej adaptacji The Spirit, penetrującej dotychczas nieznany poziom ekranowego dna). Po drugie ekranizacja filmowa dzieła literackiego ma sens jedynie wtedy, gdy stanowi rozszerzenie wymowy, kiedy staje się oryginalnym i wartościowym, głosem w dyskusji. Strażnicy to komiks piekielnie inteligentny, ponadczasowy i niepokojąco wizjonerski. Jest to zarazem historia absolutnie dopowiedziana, nie zostawiająca już przestrzeni dla twórczego wypełnienia. Jaki jest więc sens ożywiać Strażników, jeżeli nie otrzymamy od nich nic nowego, żadnej twórczej myśli ponad to, co pamiętamy z kart komiksu?

Droga, jaką pokonał komiks Alana Moore’a zanim zaświecił na światowych ekranach, była długa i bardzo kręta (kilka zakrętów dołożył zresztą sam autor). Prawa do ekranizacji, jeszcze przed ukazaniem się ostatniego odcinka mini serii, wykupili Lawrece Gordon i Joel Silver. Panowie należą do czołówki amerykańskich producentów filmowych, na których koncie znaleźć można takie tytuły jak Szklana pułapka w kilku odsłonach, Predator w odsłonach dwóch, czy 48 godzin (dodatkowo Joel Silver był wyprodukował wszystkie filmy braci Wachowskich od pierwszego Matrixa włącznie i całą serię Zabójczych broni). Filmografia tego pana obfituje zresztą w pasma ogromnych sukcesów komercyjnych, jednak to Lawrence Gordon finalnie produkował Strażników

Ale cofnijmy się do lat osiemdziesiątych. Silver i Gordon właśnie kupili prawa, a 20th Century Fox wystartowało z przygotowaniami do ekranizacji komiksu. I już po chwili zaczęły się kłopoty. Najpierw za sprawą samego Moore’ a, który nie zgodził się na zaadaptowanie Strażników na scenariusz filmowy, jednoznacznie deklarując w wywiadach nie filmowy charakter opowieści. Projekt został odłożony. Powrócił po latach, wraz z kolejnymi przeszkodami. Warner Bros. jest trzecim studiem filmowym, które zaangażowało się w ekranizację. Film początkowo wyprodukować miał Universal, później dla Paramount Pictures. Kiedy budżet poważnie przekroczył 120 milionów dolarów wytwórnia projekt porzuciła. Sam Warner też zresztą prace opóźnia - najpierw we wczesnych latach dziewięćdziesiątych, kiedy nad scenariuszem Strażników pracował Sam Hamm (do roli Rorschaha typowany był wtedy Robin Williams, a Nocnym Puchaczem mógł zostać Kevin Costner). W 2003 do produkcji próbowano zaangażować Michaela Bay’a (Transformers) - ten jednak odmówił. W rok później do kolejnej ekipy realizacyjnej dołączył reżyser Paul Greengrass (Krwawa niedziela, Ultimatum Bourne’a). W toku były już wtedy przymiarki scenariuszowe i opracowywanie koncepcji filmu. Wtedy wytwórnia postanowiła projekt odsunąć na czas nieokreślony, a rzeczony reżyser zrezygnował z współpracy na rzecz Lotu 93. W końcu, 17 września 2007 roku, po wielu trudach i losowych przeciwnościach, na planie Strażników padł pierwszy klaps. Legenda budziła się do życia.

Każdy, kto ma za sobą lekturę komiksu Alana Moore’a z pewnością zdaje sobie sprawę, jak trudna musiała być adaptacja Strażników na scenariusz filmowy. Historia ma formułę szkatułkową, jest bardzo obficie nasycona wątkami, z których każdy stanowi jej integralna i równie ważną część. Selekcja musiała być tu katorgą. Komiks był ponadto niezwykle oryginalny w koncepcji i formatowaniu. Rysownik Dave Gibbons sprawnie odświeżył tu zużytą formułę opowieści obrazkowych. Nasycenie szczegółami, których zadaniem była budowa wiarygodnego tła dla historii, symetria ułożenia odcinków, jeden rysunek oddający przestrzeń i podzielony na trzy kadry, wewnątrz których oddany jest ruch postaci. Nowatorska technika tworzenia, zastosowana w Strażnikach stanowiła dla gatunku krok w nowy wiek. I do tego fabuła - niebanalna, niepokojąco bliska rzeczywistości, odzierająca superbohaterów z resztek mitologizacji. Świat pięć minut przed katastrofą, w którym psychopatyczny socjopata z maską na twarzy ma w sobie więcej człowieczeństwa niż najmądrzejszy z ludzi. A genezą tego kamienia milowego, była nic nie zapowiadająca próba zagospodarowania wykupionych bohaterów Charlton Comics.

Alan Moore nie miał dotychczas szczęścia, jeżeli chodzi o ekranizacje swoich komiksów. Z piekła rodem było brutalnym spłyceniem pierwowzoru, a tandetna Liga niezwykłych gentlemanów, dla pierwowzoru zabójstwem. Nawet V jak Vendetta do pięt nie dorasta wersji komiksowej, chociaż wypada z całej trójki najkorzystniej. Nieautoryzowane ekranizacje musiały naprawdę autora dobić, skoro oświadczył nawet, że z Hollywood nie chce mieć nic wspólnego i wnosił o wycofanie jego nazwiska z komiksów do których praw nie posiada.

Zack Snyder miał więc z czym się mierzyć. I chociaż Watchmen. Strażnicy nie są z pewnością obrazem nieudanym, daleko im jednocześnie do wartości oryginału. A najgorsze jest w tym, że próbują ten oryginał niepotrzebnie kopiować.

Świat stoi na skraju atomowego konfliktu. Bohaterowie w maksach nie chronią już obywateli. Nie mogą, bo wprowadzona za rządów Nixona ustawa, wysłała ich na przymusową emeryturę, porządek publiczny oddając całkowicie w policji. Niepokornych, którzy wbrew zakazom, próbują jeszcze przeciwstawiać się przestępcom, wyjęto spod prawa i z tym przestępcami zrównano. No chyba, że pracuje się dla rządu- wtedy nawet zbrodnia może być usprawiedliwiona. Rorschach dla rządu nie pracuje. Ma inne zajęcia: okrzyknięty zbrodniarzem, wyalienowany i opuszczony nawet przez zamaskowanych kolegów, błąka się ulicami Nowego Jorku tropiąc i mordując przestępstwa. A pracy ma sporo, zwłaszcza, że tej nocy zabito jednego z bohaterów - Komedianta.

Tak zaczyna się fabuła Strażników, której pogmatwane ścieżki i intrygi doprowadzają widza do przerażającego finału, do prawdy, w którą nie chce się wierzyć. Finał nie zamknie jednak drzwi. Ekran gaśnie w pół zdania zostawiając widza w niepewności.

Trzeba przyznać, że ponad dwu i półgodzinny obraz Zacka Snydera ogląda się dobrze i z zainteresowaniem. W komiksie istotna była podróż psychologiczna-  akcji w samym dziele jest co najwyżej niewiele. Tym większy szacunek należy się reżyserowi, który potrafi bez znudzenia zatrzymać widza przy filmie. Nie mam niestety pewności, czy fabuła obrazu jest przy tym czytelna dla każdego. Otóż oglądając produkcję Snydera miałem już za sobą kilkakrotną lekturę komiksu i łatwo było mi zrozumieć eliptyczne, a niekiedy nawet chaotyczne pominięcia. Reżyser skupia się na wątku kryminalnym, całkowicie pomija tak istotny w komiksie montaż skojarzeń (świadomie posługuje się tu terminem z języka filmowego, bo w mojej opinii doskonale oddaje zabieg zestawienia ze sobą monologów i dialogów przy kiosku i fabuły czytanego tam komiksu Tales of the Black Freighter). Opowieść w ten sposób staje się bardzo filmowa, ale traci wiele na głębi. A co najgorsze, mglista staje się atmosfera końca świata, narastającego zagrożenia i nieuchronnej zagłady. Problem w tym, że Strażników faktycznie nie sposób przełożyć w całości i chociaż twórcy potrafią okiełznać trudności, w momentach najbardziej zagmatwanych polegli. Wina leży tu niestety głównie po ich stronie, bo selekcjonują wątki niekonsekwentnie, odrzucając niekiedy to, co wydawało się istotne, a wprowadzając do filmu np. zupełnie niepotrzebną i koszmarnie zrealizowaną scenę erotyczną między Nocnym Puchaczem, a Jedwabną Zjawą. Obraz jest też bardzo niespójny aktorsko, bo intrygująca rola Jackie’ego Earle Haley’a (doskonały jest też Jeffrey Dean Morgan), buduje ogromną przepaść dla kreacji Matthew Goode'a czy Malin Akerman. Snyder niewiele też przeniósł z osiągnięć stanowiących siłę 300. Wizualny aspekt tej produkcji zdecydowanie nie powala, a sekwencje walk wypadają raczej anachronicznie. Najgorsze jest jednak kserowanie komiksu na taśmę filmową, bo filmowi Strażnicy to niemal wierna kopia komiksu. Masa scen, kadrów i koncepcji stanowi kalkę rysunków Gibbonsa, dlatego nie ma pewności, kto tak naprawdę jest twórcą tego obrazu. Wynika to może z faktu, że Zack Snyder nie jest żadnym tytanem reżyserii, ale twórcą raczej przeciętnym.

Tym nie mnie jest w Strażnikach jakaś niezwykła, urzekająca siła, która zabiera widza w opowieść nad przepaścią. Mroczna narracja z offu, mająca charakter demonicznej spowiedzi. Przedziwnie bliski nam świat i jego niezrozumiale jasna moralność. Zakończenie- inne niż wszystkie dotychczas. Strażnicy nie są opowieścią o superbohaterach, ale przejmującą peryfrazą kondycji człowieka, krwawym i brutalnym odbiciem rzeczywistości. Jednak największą siłą tej opowieści jest nieustające uczucie, że przerażająca infernalność tej historii, to tylko eufemizm. Że za oknami jest jeszcze gorzej.

Podyskutuj o tym filmie na forum!


blog comments powered by Disqus