Recenzja filmu "Świat w płomieniach"

Autor: Falleen

W każdym rodzaju sztuki pojawiają się korelacje ze wcześniejszymi dziełami. Autorzy bądź artyści podpatrują pomysły innych w celu zaczerpnięcia swoistej inspiracji. W sztuce filmowej jest podobnie. Reżyserzy wzorują się na kanwach hitów poprzedniej dekady w celu dodania smaczków do swojego powstającego obrazu. Jednak Roland Emmerich oraz Antoine Fugua – panowie odpowiadający kolejno za Świat w płomieniach oraz Olimp w ogniu – zbyt dosłownie wzięli do serca owe zjawisko, w rezultacie czego powstały dwa identyczne filmy na równie beznadziejnym poziomie.

Widz, na którego liście obejrzanych filmów widnieje  Olimp w ogniu, a ma okazję podziwiać najnowsze dzieło Rolanda Emmericha, nie oprze się wrażeniu, że twórcy obu obrazów skopiowali swoje pomysły. Prawdą jest, że filmy akcji mają ograniczone pole manewru w kwestii tworzenia fabuły będącej w stanie zaskoczyć widza . Jednak jeśli osoba mająca tak duże doświadczenie filmowe jak Roland Emmerich, tworzy film akcji, w którym główną fabułą jest atak terrorystów na Biały Dom i pokładał w nim nadzieje stworzenia kolejnego wiekopomnego dzieła, to albo przedawkował leki, albo przegrał zakład.

Film od początku do końca jest boleśnie przewidywalny. Ogólnie rzecz biorąc, fabuła składa się z dwóch zasadniczych elementów, są to: beznadziejne docinki Jamiego Foxa – które w zamyśle reżysera miały rozbawić widza podczas seansu – oraz wysadzanie i strzelanie do wszystkiego co możliwe przez Channigna Tatuma. I tak przez dwie godziny. Jednak Roland Emmerich postanowił nie poddać się wszechobecnej tandecie panującej w filmowym półświatku, więc stworzenie usilnie próbował stworzyć protagonistę w postaci twardziela o złotym celu. Żeby spełnić to arcytrudne zadanie, fabuła wzbogaciła się o kolejną rolę, a mianowicie córkę głównego bohatera, która jak na złość podczas ataku terrorystów znajduje się w Białym Domu – nieprawdopodobny zbieg okoliczności.

Jedynymi aspektami utrzymującymi widza w kinie do końca seansu – pomijając oczywiście popcorn i wydane pieniądze na bilet – są efekty specjalne oraz nieustannie pędząca fabuła. Mimo całego tandetyzmu, który momentami aż wycieka z ekranu akcja w Świat w płomieniach nie zwalnia nawet na moment. Wybuchy wraz z wszechobecną demolką nie robią powalającego wrażenia, lecz są na odpowiednim poziomie średniego kina akcji. Role głównych bohaterów momentami są tak sztuczne oraz stereotypowe, że widz dostaje palpitacji serca – lecz fan kina akcji potrafi wiele wybaczyć.

Świat w płomieniachi Olimp w ogniu praktycznie niczym się nie różnią. Niestety, nie chodzi tylko o tematykę obu filmów, ale i o ich dość mizerny poziom. Jeśli ktoś już widział Olimp w ogniu, naprawdę nie musi iść na Świat w płomieniach. W sumie, nawet jeśli ktoś nie widział tej pierwszej produkcji, bez nowego filmu Emmericha na pewno się obejdzie.

Świat w płomieniach możecie obejrzeć w


blog comments powered by Disqus