Wiatr buszujących przemyśleń

plakat filmu Wiatr buszujących przemyśleń

Prawdziwa magią kina jest moment, w którym film tak przykuwa wzrok widza, że cały świat poza nim zupełnie przestaje istnieć. Wtedy otwiera się w nas inna sfera odbioru, rodzi się świat, jakby mocniejszych emocji. Oglądając i interpretując zdarzenia fabuły nie tylko dajemy się poprowadzić twórcy obrazu, ale sami nadajemy jej nowego znaczenia, pozwalamy się rozwijać. Umiejętność tworzenia dzieł, które każą nam siebie przeżywać, stanowi najcelniejszy chyba wyróżnik i miarę talentu autora. I jeżeli takie przyjmiemy kryterium oceny, to Ken Loach na największe z wyróżnień bez wątpienia zasłużył, bo jego najnowszy film trwa długo po skończeniu seansu.

Wiatr buszujący w jęczmieniu to dzieło nie tylko niezwykle sprawnie nakręcone, chociaż świetne zdjęcia, rodem z kina dokumentalnego, stanowią tu zaletę niepodważalną. Loach daje nam kino ważne tematycznie, aktualne i historyczne zarazem - przede wszystkim jednak, nad wyraz inteligentne i wzruszające.

Opowieść o dwóch braciach i związany z nią paradoks wojny łączy się tu w fabułę-arcydzieło. Damian, który namówiony przez brata porzuca staż w szpitalu i wstępuje w szeregi IRA, z czasem walczyć będzie nie tylko z własną moralnością lekarza, któremu sumienie utrudnia zabijanie - wystąpić mu przyjdzie przeciw temu, który do walki go namówił. Streszczenie niewiele mówi na o historii - Wiatr… nie sposób jest jednak trafnie skondensować i opisać w kilku zdaniach. Fabuła umieszczona została w realiach irlandzkich walk narodowowyzwoleńczych z lat 20. minionego wieku. I tutaj widzimy pierwsze z kilku potwierdzeń istotności filmu Loacha. Otóż o prześladowaniach, walkach IRA i armii angielskiej, o napięciach i dążeniach szargających Zieloną Wyspą, opowiada nam nie Irlandczyk (jak chociażby w przypadku filmu Krwawa niedziela), ale Anglik z krwi i kości. Co więcej, Ken Loach stara się nabrać dystansu obiektywnego obserwatora- nikogo nie wybiela, ale i nie stara się nikogo zbędnie obrażać; mówi prawdę, lub możliwie stara się do niej zbliżyć.

Wiatr buszujący w jęczmieniu daleki jest od moralizatorskich manifestów pacyfistycznych, wręcz przeciwnie. Walka jest tu drogą do spełnienia marzeń, zrzucenia jarzma ucisku, jest drogą do wzięcia odpowiedzialności za własne życie. Bo chyba o odpowiedzialność najbardziej chodzi tu reżyserowi - w tym aspekcie film Loacha wydaje się niezwykle aktualny i mocno wiąże się z konfliktem w Iraku, pokazuje nam zgubną siłę współczesnego kolonializmu.

W zalewie produkcji, w których napisy końcowe nie skłaniają do większej refleksji, niż półtoragodzinny seans, Ken Loach stworzył dzieło prawdziwie poruszające - o jego filmie można dyskutować godzinami. Bo wojna jest tu drogą do odkupienia, zemstą, potrzebą, ale może być drogą ślepą - w końcu przecież każdy z walczących wierzy w prawdziwość własnych idei i każdy jest tylko zwykłym zabójcą.

Jeden z najważniejszych elementów filmu Loacha łączy się nierozerwalnie z kapitalnym aktorstwem Cilliana Murphy’ego, doskonale wcielającego się w rolę Damiena. Budując pełną zmienności postać i ukazując ewolucja jej relacji z bratem, stworzył nam przed oczyma obraz przerażająco aktualnego problemu. Wiatr buszujący w jęczmieniu pokazuje jak łatwo wiara w sprawiedliwość postępowań i poświęcenie dla idei, przeradza się w zgubny fanatyzm. Bo pole walki nie daje recept na czas pokoju, uczy tylko upartego i nieraz bezmyślnego dążenia do celu.

Wielkość filmu liczy się w minutach ciszy, które, po zakończeniu seansu, zatrzymują widza w zadumie. Ken Loach stworzył obraz, po którym cisza trwać będzie zawsze. Bo irlandzcy partyzanci, walczący o swoje prawo do wolności nie stali się terrorystami w momencie chwycenia za karabin. Musimy więc stale zgłębiać historię i by co rusz coś w niej przemyśleć. Wartościowe jest natomiast to, co nas ku temu skłania, a takie są właśnie słowa ballady poety z Limerycku Roberta Dwyera Joyce'a: Wiatr buszujący w jęczmieniu.


blog comments powered by Disqus