Poezja wolności

plakat filmu Poezja wolności

Ken Loach – tak, jak niedawno Michael Moore - postanowił wystąpić przeciwko swojemu krajowi. Nie chciał jednak rozliczać go z bieżącej polityki, lecz z niechlubnej przeszłości. Łatwo wypowiadać się jako naród uciśniony, trudniej jako uciskający. Reżyser Wiatru buszującego w jęczmieniu postanowił jednak opowiedzieć historię powstania IRA i jej walki z zaborczą polityką Anglii. W swoim filmie opowiada o dwóch braciach – Teddiem i Damianie (w tej roli rewelacyjny Cillian Murphy, jakże inny od postaci granej przez niego w Śniadaniu na Plutonie). Obydwoje wchodzą w dorosłość, ale wskutek coraz częstszych, brutalniejszych interwencji obcej armii w życie Irlandczyków postanawiają przeciwstawić się agresorom.

Mówienie o poezji w filmie to wchodzenie na bardzo grząski grunt. Nie istnieje żadne kryterium, które pomogłoby ocenić dane dzieło pod tym względem. Jak więc odróżnić prawdziwą lirykę od grafomanii pełnej rymów rodem z Częstochowy? Odbiór to przecież sprawa wybitnie zindywidualizowana i nie można wykluczyć, że ktoś może odnaleźć piękno i wzniosłość w kolejnej części Szklanej pułapki. Czy w ogóle istnieje coś takiego jak film poetycki? Czy to określenie zdezaktualizowało się z momentem, kiedy pierwsi futuryści porzucili swoje filmy - wiersze na rzecz bardziej konwencjonalnych obrazów? Problem ten staje się jeszcze trudniejszy w obliczu awangardowej twórczości XX wieku. Czy jednak pomimo gąszczu wątpliwości można odmówić Wiatrowi buszującemu w jęczmieniu poetyckości? Przecież widok ascetycznie fotografowanej irlandzkiej przyrody aż chwyta za serce nieokreślonym liryzmem. Z samej historii bije chłodne, dramatyczne piękno, a po napisach końcowych widz nie wyrzuca do kosza pudełka po popcornie i nie wraca beztrosko do domu, lecz zostaje z setką znaków zapytania w głowie. Film zaczyna żyć własnym życiem, jest nieuchwytny, daje wielkie pole do własnych interpretacji, a przy tym ma formę konkretnej, zamkniętej opowieści. Czy trzeba więcej, aby określić go mianem poetyckiego? Chyba nie.

Porywający, genialny, wspaniały – epitety można mnożyć. Jedno jest pewne – reżyser niezwykle zgrabnie unika pułapek, jakie czekają na twórcę takiego dzieła. Z pewnością duży problem stanowi jego narodowość – pochodzi przecież z Wysp Brytyjskich. Idealnie jednak balansuje na cienkiej linii obiektywizmu i nie bawi się w czarnobiałą klasyfikację rzeczywistości. Mógł przedstawić członków IRA jako zwykłą bandę terrorystów lub - w obawie przed zarzutami o stronniczość - niepotrzebnie ich wyidealizować. Na szczęście wszyscy jego bohaterowie pozostają ludźmi z krwi kości. A tacy przecież nigdy nie są ani dobrzy ani źli. Członkowie IRA walczą o niepodległość. Jest to cel szczytny i wzniosły, niemniej do jego zrealizowania nie zawsze prowadzą takie same metody. Wojna rani wszystkich i - wbrew temu, co mówił Nietzsche - nigdy nie może być w pełni usprawiedliwiona. Loach nie boi się pokazywać w całej okazałości jej krwawego majestatu. Scena wyrywania paznokci przesłuchiwanemu więźniowi to kolejny - po prologu Szeregowca Ryana - dowód na to, że estetyka gore na dobre zadomowiła się w kinie głównonurtowym.

Ciekawym tropem interpretacyjnym jest tutaj romantyzm. W filmie Loacha odnajdujemy niemalże wszystko – patriotyczną walkę grupki straceńców, dramatyczne konflikty, piękną przyrodę w tle. Sam finał przywodzi na myśl rodzimego Kordiana. Niestety, kurtyna nie opada tuż przed oddaniem zabójczego strzału i Damian ginie na ołtarzu ojczyzny. Nie jest to jednak romantyzm ślepy i spauperyzowany. Walce o wolną Irlandię nie akompaniują patetyczne orkiestrowe aranżacje i wzniosłe przemowy. To nie tylko papierowy, hollywoodzki sztafaż, tylko sam rdzeń, uczucia, które równie dobrze mogły towarzyszyć Byronowi podczas walki w Grecji.

Można wyjść jednak dalej poza to, w końcu nie każdy człowiek urodził się w kraju, który długie lata cierpiał z powodu braku niepodległości. Wtedy okaże się, że Wiatr buszujący w jęczmieniu mówi po prostu o ludzkiej potrzebie wolności, o poświęceniu i dylematach związanych z moralnym relatywizmem. Mówiąc krócej – jest filmem uniwersalnym. A to chyba największy komplement.


blog comments powered by Disqus