"Wołyń" - recenzja filmu

Autor: Korni

Krwawe żniwa pobłogosław Panie 

Wojciech Smarzowski otworzył przed nami wrota do piekieł. Makabryczny obraz mordu dokonanego przez Ukraińców na polskich sąsiadach chwyta za gardło. Czy sięganie po tak przerażające sceny to jedyna droga do tego, aby przemówić do współczesnego widza?

Podrzynanie gardła i wyciąganie przez otwór języka na zewnątrz, wycinanie płodu ciężarnej kobiecie z brzucha, wkładanie żywego kota i zaszywanie, pieczenie żywcem w piecu chlebowym… To zaledwie kilka z 362 sposobów UPA (Ukraińskiej Powstańczej Armii) na zabicie Polaka. Smarzowski garściami zaczerpnął z tej przerażającej listy tworząc film, który wykracza poza nasze wyobrażenia. Główną bohaterką, której losy przeplatają krwawe obrazy rzezi z lat 1943-44, jest Zosia (Michalina Łabacz). Fabuła osnuta jest wokół wątków miłosnych z udziałem dziewczyny: od młodego Ukraińca (Vasili Vasylyk), przez sołtysa (Arkadiusz Jakubik), do konspiranta AK (Adrian Zaremba). Poprzez poznanie różnych przedstawicieli warstw społecznych głęboko wnikamy w kresową rzeczywistość.

Realizm filmowego świata zachwyca. Nawiązanie współpracy z historykami, etnografami i innymi specjalistami pozwoliło pieczołowicie oddać najdrobniejsze szczegóły. Obrzędowość ówczesnej ludności, a także drobne detale scenograficzne wzbogacają wizualny odbiór filmu. Zaangażowanie historycznych grup rekonstrukcyjnych do scen walk umożliwiło perfekcyjne odwzorowanie dawnych czasów. Osadzona w takich realiach rzeź, której obrazów nie sposób wymazać z pamięci, wstrząsa tym bardziej, że dwie istniejące obok siebie kultury wydają się wspaniale uzupełniać. Smarzowski nie daje nam jednak nadziei na harmonijne współżycie: od pierwszej minuty filmu poznajemy rozpuszczane przez pijanych gości weselnych antynarodowe plotki i zaszłe waśnie, nieidące w zapomnienie. Mowa nienawiści przetacza się przez Wołyń i niszczy wszystko, co spotka na swojej drodze.

Sytuacja na wsi zmienia się z dnia na dzień. W okrutnej walce o własne życie sąsiad kradnie sąsiadowi kurę, za co złodziej traci rękę. Nie pozostaje jednak dłużny i pozbawia gospodarza głowy. Sympatie, a nawet układy rodzinne z czasem stają się nic nie warte. Propaganda szerzy się nie tylko w szkołach czy na wiejskich placach, ale także w świątyniach. Oblepione krwią widły wdzierają się do polskich kościołów, a siekiery ścinają wszystkie polskie głowy w okolicy. Tak Ukraińcy mordowali Polaków.

Pośród zgiełku krzyków ofiar wciąż śledzimy losy Zosi, która za wszelką cenę pragnie uratować swoje dziecko. Jeśli nie jest to film o miłości do swojego narodu – trudno bowiem mówić o patriotyzmie przejawianym w rozczłonkowywaniu i obdzieraniu ze skóry – to z pewnością można uznać go za pochwałę macierzyństwa. Biegnący za umazaną krwią matką malec rozczula i stanowi brutalny kontrast do wydarzeń, których mimowolnie jest świadkiem. Nasuwa się refleksja, że wydarzenia przedstawione w filmie Wołyń to nie tylko historia naszych dziejów, ale i obecna sytuacja krajów na Bliskim Wschodzie. Smarzowski mimo osadzenia historii w konkretnych czasach tworzy dzieło uniwersalne, które powinno silnie oddziaływać nie tylko polską, ale również zagraniczną widownię.

Mimo scen, które trzymają stale w napięciu Wołyń nuży. Zaskakują coraz to nowe sposoby na upodlenie człowieka i bezczeszczenia jego zwłok, ale narracja oparta na brutalnych obrazach zaczyna być po prostu męcząca. Ilość okrucieństwa na ekranie też powinna mieć swoje granice, żeby nie przytłoczyć psychicznie widza. Rwący montaż – charakterystyczny dla Smarzowskiego – nie podkreśla dramaturgii, lecz wprowadza chaos. W połowie filmu fabuła zmienia bieg i z narastającej katastrofy dostajemy psychologiczną walkę Zosi o byt. Sami nie wiemy już, komu można ufać, zewsząd nadciągają żądni krwi Ukraińcy i wydaje się, że nie ma już ucieczki z tej patowej sytuacji. Mnogość niespójnych scen z główną bohaterką prowadzi do szeregu interpretacji jej losów. Może jest to zabieg celowy, bo i zakończenie filmu pozostawia przestrzeń do spekulacji.

Wołyń to bez wątpienia jeden z najlepszych filmów wojennych, jakie rodzime kino wyprodukowało. Bolesny, bezwzględny, ale wiarygodny. To kino zdecydowanie dla widza o mocnych nerwach, ale i posiadającego dystans do historycznej spuścizny. Wstrząśnięty ludobójstwem, którego jest świadkiem, odbiorca odczuwa nie tylko przerażenie ludzkim okrucieństwem, ale również złość na nacjonalistów i miejscową ukraińską ludność. Polacy dopiero pod koniec filmu decydują się na równie okrutne akcje odwetowe. Nie wchodząc w polemikę historyczną, Wołyń wzbudza odczucia ksenofobiczne. Wraz ze wzrostem liczby aktów przemocy wobec obcokrajowców na polskich ulicach pojawia się pytanie, czy jesteśmy gotowi na tak brutalne przedstawienie tragedii wołyńskiej.

Zastanawiający jest także fakt, że tylko mroczna tematyka pozwala polskiej kinematografii wspiąć się na wyżyny artystycznych możliwości. To kolejny po Pokłosiu i Demonie film, w którym mierzymy się z narodową, smutną historią. Pozostaje nam uzbroić się w cierpliwość i poczekać, aż polskie kino przepracuje tematykę rozliczeń z przeszłością, a może wtedy pojawią się dobre produkcje także w innych gatunkach.

Korekta: Agnieszka Bukowczan-Rzeszut


blog comments powered by Disqus