"Na karuzeli życia" - recenzja filmu

Autor: Korni

Monodram z wakacji

 

Jak co roku, Woody’emu Allenowi przyszło się mierzyć z przyklejoną mu etykietą mistrza kina autorskiego, a jego najnowszy obraz musiał zawisnąć na szali porównań z filmami z lat 80. i 90. ubiegłego już wieku. Po zbyt ckliwej i pompatycznej Śmietance towarzyskiej reżyser wraca do teatru jednego aktora i stawia na portret kobiecej frustracji.

 

Amerykański sen lat 50. XX wieku rozgrywa się wśród atrakcji wesołego miasteczka. Ginny (Kate Winslet) to kelnerka w nadmorskim barze i niespełniona artystka. Nie może pogodzić się ze swoim trywialnym życiem u boku prostego Humpty’ego (Jim Belushi) – operatora karuzeli – oraz wytrzymać usługiwania jego marnotrawnej córce Carolinie (Juno Temple), która uciekła od męża gangstera. Rozgoryczona Ginny rzuca się w wir romansu z tamtejszym ratownikiem-poetą o wdzięcznym imieniu Mickey (Justin Timberlake), który jest jednocześnie narratorem filmowej opowieści, utrzymanej w urokliwej stylistyce vintage.

 

Bez wątpienia głównym atutem produkcji są zdjęcia (ich autorem jest Vittorio Storaro, który towarzyszył Allenowi przy produkcji Śmietanki towarzyskiej) i scenografia oraz charakteryzacja, której detale są dopięte na ostatni guzik. Trzeba również przyznać, że eksperymenty z nowymi twarzami w obsadzie wychodzą reżyserowi jak najbardziej na plus. Mimo że nastoletnie gwiazdy nie zdają egzaminu (jak Jesse Eisenberg w Zakochanych w Rzymie czy Emma Stone w Nieracjonalnym mężczyźnie) i wypadają w filmach Allena bardzo nierówno, to starzy wyjadacze świetnie odnajdują się w trudnych postaciach, które kreuje scenariusz. W przypadku najnowszego obrazu jest podobnie – Justin Timberlake potwierdza, że na aktora się nie nadaje, ale za to małżeński duet Kate Winslet i Jima Belushiego rozkłada na łopatki. Postawienie na główną rolę kobiecą było strzałem w dziesiątkę. Podobnie jak w Blue Jasmine dostajemy mięsistą, kipiącą od emocji bohaterkę, która opanowuje ekran już od pierwszego ujęcia. Kate jako Ginny jest malowniczo rozdarta, cudnie zdesperowana i uroczo naiwna. Jednocześnie gra troskliwą matkę, romantyczną kochankę i niespełnioną gwiazdę – aż trudno uwierzyć, ile aktorskich umiejętności zostało skumulowanych w tym jednym ciele!

 

 

Snując się za Ginny pomiędzy tętniącym życiem wesołym miasteczkiem, malowniczą plażą, a klitką Humpty’ego odczuwamy jednak znudzenie. Pejzaże są co prawda ujmujące, a małe mieszkanie – gdzie scenografia retro wygląda jak zdarta żywcem z desek teatru – potrafi oczarować, ale nie ma ani wśród tych widoków, ani w tym wnętrzu echa intelektualnych dialogów czy kąśliwego poczucia humoru, za które pokochaliśmy Woody’ego Allena. Dostajemy za to zwietrzałą dawno nadzieję i garść straconych marzeń. Filmowiec w banalnym przekazie nie pozostawia nam złudzeń – pragnienia same się nie spełnią. Możemy jak Ginny wiecznie śnić o sławie, wspominać lata świetności i w tej tęsknocie dać się porwać skazanym z góry na porażkę romantycznym uniesieniom, albo jak młodziutka Carolina żyć pełnią życia, uciekać utartym schematom i próbować uniknąć ryzyka, które ze sobą niesie decydowanie pod wpływem chwili. Z Karuzeli życia nie poznamy jednak opinii reżysera – wiekowy już Allen nie daje nam żadnych wskazówek odnośnie tego, jak zostać panem swojego losu. Teza, podsumowująca przeszło dwie godziny filmowego seansu, jest zawarta już w samym tytule. Nasze działania nie zawrócą koła fortuny i dokładnie tak jak na diabelskim młynie – raz uniesieni do góry, musimy kiedyś spaść w dół.

 

W swoim najnowszym obrazie Woody Allen nie jest już ironicznym, bezczelnym w swych sądach i pełnym werwy neurotykiem, ale zgorzkniałym obserwatorem rzeczywistości, która obdarła go z marzeń. Być może jest to naturalna kolej rzeczy – po pełnym rozedrgania i irracjonalności życiu młodzika przyszedł czas na krytyczną, ale i zdystansowaną analizę tego, co przyniósł nam wiatr znad Coney Island. Nawet jeśli całość filmu ma słodko-gorzki posmak, to ze względu na jego wizualną oprawę i rewelacyjną Kate Winslet jesteśmy w stanie go przełknąć.

 

Korekta: Marta Kononienko

 

 


blog comments powered by Disqus