Recenzja filmu "World War Z"

Autor: Falleen

Kinomaniacy mają pewną słabość do filmów o zombie. Fakt ten uświadomił widowni dobitnie najpierw George Romero tworząc Świt żywych trupów, a hiszpańska seria [REC] tylko utwierdziła resztę społeczeństwa w tym przekonaniu. Okazuje się również, że pisarze mają pewien pociąg do zwłok – jakkolwiek dziwnie to brzmi – i tworzą doceniane przez czytelników dzieła. Jednym z nich jest World War Z autorstwa Maxa Brooksa.Hollywood dość szybko zauważyło tę zbieżność zainteresowań twórców i podjęło się próby połączenia pisarskiego kunsztu z filmowym rozmachem. Dzieckiem tej dość prostej kombinacji jest najnowszy film Marca Forstera World War Z .

Reżyserzy podczas ekranizacji książek popadają często w szkodliwą manierę nieprzekazywania wszystkich istotnych informacji zawartych w literackim pierwowzorze, bądź też nie trzymają się chronologii fabuły Z tego powodu wcześniejsi czytelnicy dostrzegają często pewne nieścisłości w relacji film-książka. Marc Forster tworząc swój najnowszy obraz postanowił nie utrudniać życia widzom i uznał, że jedynym aspektem łączącym oba dzieła będzie sam tytuł: World War Z nie ma nic wspólnego ze swym literackim odpowiednikiem. Reżyser zmienił całkowicie koncepcję problemu z rozprzestrzeniającą się falą zombie. W zamyśle Brooksa ludzie walczą z powolną plagą martwych obywateli, natomiast w wersji Forstera stawiają czoła setkom oszalałych maratończyków, skaczących na kilka metrów w górę. Zmianę struktury antagonistów można podciągnąć jeszcze pod wymogi współczesnego kina gatunkowego: na ekranie musi być wyświetlana nieustająca akcja (co swoją drogą Forsterowi wyszło wyśmienicie), jednak fanom książki, a nawet zwykłym widzom rzuci się w oczy ważne niedociągnięcie - kulejący aspekt polityczny. Świat pogrąża się w chaosie walki z  nieustannie narastającą plagą zombie, widz domyśla się, że inne kraje – poza wspaniałą Ameryką rzecz jasna – przegrywają walkę, lecz Forster przedstawia  zmagania ościennych państw z atakami ożywionych zwłok za pomocą kilku szybko zmontowanych ujęć, bądź  poprzez rozmowy telefoniczne wykonywane przez filmowych pracowników ONZ. Reżyser skupił się na zobrazowaniu zmagań jednej rodziny – która oczywiście nie występuje w książce – i zrobił to co prawda w interesujący sposób, lecz to ewidentnie za mało dla filmu takiego kalibru. Forster ograniczył do minimum pokazanie relacji współpracy – bądź jej braku – pomiędzy obecnymi światowymi potęgami. Poszczególne strzępki informacji dotyczące sytuacji innych krajów częściowo zaspokajają ciekawość widza, lecz na dłuższą metę było to złe posunięcie.

Wielkim plusem dzieła Forstera jest fakt, że główny protagonista nie jest ucieleśnieniem jednoosobowej armii, niszczącej zastępy wrogów. Gerry Lane – grany przez Brada Pitta – przedstawiony jest w dość pospolity sposób,  mianowicie jako specjalista od robienia naleśników. Oczywiście posiada burzliwą przeszłość oraz umiejętności tak przydatne w dobie kryzysu zombie, że zostanie przysłany po niego specjalny helikopter ratowniczy. Jednak nawet w świecie pogrążającym się w chaosie nie ma nic za darmo: Gerry - chcąc zapewnić bezpieczeństwo rodzinie - musi wrócić do roli agenta sił specjalnych i odnaleźć szczepionkę przeciw rozprzestrzeniającemu się wirusowi. Pozostali aktorzy wypadają tak, jak na wielki kinowy hit przystało – są, grają, lecz nie wzbudzają większego zainteresowania widza.

Pomijając nieustannie pędzącą akcję, World War Z może pochwalić się różnorodnością lokacji, przez które przemieszcza się główny bohater. Forster oferuje widzowi walki z zombie w takich miejscach jak zatłoczona Filadelfia, deszczowa Korea czy też Jerozolima, która znalazła sposób na walkę z antagonistami rodem z Królestwa niebieskiego Ridley’a Scotta. Na szczególną uwagę zasługuje też muzyka, której nie ma zbyt wiele, lecz pojawia się w idealnie dobranych momentach, podkreślając wszechobecny w filmie patos.

Pomimo zgrzytów fabularnych na osi film-książka nie sposób pominąć milczeniem świetnych, dopracowanych efektów specjalnych. Forster większą część funduszy przeznaczył na dopracowanie detali związanych z wysadzaniem, strzelaniem i masakrowaniem zarówno zombie jak i „jeszcze” żyjących szarych obywateli. Reżyser World War Z w kwestii efektów specjalnych ustawił wysoko poprzeczkę, lecz widz bez problemu zauważy, że  hamował się w swych makabrycznych popędach w celu utrzymania konwencji filmu w szeroko pojętym PG-13.

World War Z wzbudził mieszane uczucia zarówno u fanów twórczości Brooksa jak i wielbicieli zombie. Luźne podejście Forstera do interpretacji książki bez wątpienia przysporzy mu wielu krytyków. Reżyser mając do dyspozycji wspaniałą, gotową wręcz fabułę i fundusze na pokrycie kosztów niesamowitych efektów, osiągnął jedynie połowiczny sukces: widz co prawda wychodzi zadowolony z kina, lecz pozostaje mu uczucie pewnego niedosytu. Brak pogłębienia poszczególnych aspektów (zarówno politycznych jak i fabularnych) uderza pod koniec filmu, gdy opuszczamy zarezerwowane miejsce. Jednak pomimo wszystkich niedociągnięć World War Z bez większego problemu może stanąć do walki o miano filmu roku, gdyż Forster (mimo uproszczonej fabuły) zdołał stworzyć obraz niezwykle wciągający.


blog comments powered by Disqus